“Heban” – Ryszard Kapuściński

2009 lipiec 30
autor: Joanna

Pulsujący, czarny ląd. Morze rozgrzanej do czerwoności ziemi, której nie sposób objąć wzrokiem. Dudnienie, przeszywające atłas ciemnej nocy. Wzrok słonia, który już nie jest szorstkim, nieporadnym zwierzęciem, tylko cielesną siedzibą dla duchów przodków. I widziałam to wszystko. Nie – przeczytałam, a później wyobrażałam sobie, jak to jest spać w łóżku oblepionym karaluchami, z prześcieradłem mokrym od dusznego powietrza. Po prostu byłam obok i patrzyłam z niedowierzaniem.
Prawdą jest, że myślimy stereotypowo. Na hasło “Afryka” jak jeden mąż rozczulamy się wspomnieniem wychudzonych dzieci lub, zależnie od doświadczeń, wspominamy ciepły urlop w pięciogwiazdkowym hotelu i wycieczkę na wielbłądzim grzbiecie. Wielu myśli, że te 950 milionów istnień, zamieszkujących czarny ląd, wystarczy wrzucić do worka z napisem “Afrykanie”. Sama nie byłam świadoma, że tak nie wolno. Każde plemię ma odmienne wierzenia i zwyczaje – Tuaregowie grzebią zmarłych na pustyni, by nigdy tam nie wrócić; Bantu wierzą zaś, że łączy ich szczególna więź ze zmarłymi, dlatego ich ciała chowają pod podłogą chaty, w której właśnie mieszkają.
Jakże odmienny świat pokazał mi Ryszard Kapuściński! Magiczny, gdzie czas to rzecz względna, nikt nigdzie się nie spieszy – bo i po co? Autobus odjeżdża, gdy jest pełny, nie – o określonej godzinie. Nie zapomnę jednak o wszechobecnej biedzie, doświadczającej człowieka już od maleńkości. Dzieci zmuszone są brać udział w krwawych wojnach, zatem biegają z bronią w ręku. Najbardziej boli mnie, że nasze wysyłanie pożywienia, ubrań, pieniędzy i przyborów szkolnych mało daje. Bo Afryka nie jest uboga. Po prostu jest złamana, na jej obliczu widnieje rysa, ogromna szczelina. Po jednej stronie są bogaci, którzy obalając Białych, sami zagarnęli całe bogactwo. Gdzieś, w piaszczystym piekle płaczą ich bracia. Z głodu, pragnienia. Wciąż marzą, że ktoś przeciwstawi się rabunkowi paczek, które im wysyłamy.

Wielki Las (…) jest monumentalny, jego drzewa mają trzydzieści, pięćdziesiąt i więcej metrów wysokości, są gigantyczne, idealnie proste, stoją luźno, zachowując wobec siebie wyraźny dystans, wyrastają z ziemi właściwie bez poszycia. I teraz, wjeżdżając w Wielki Las, pomiędzy te niebotyczne sekwoje, mahonie, sapele i iroka, mam uczucie, jakbym wchodził w progi wielkiej katedry, przeciskał się do wnętrza egipskiej piramidy czy stanął wśród drapaczy chmur Piątej Alei.*

Chciałabym zobaczyć Afrykę. Afrykę.

- – - – - -
* Ryszard Kapuściński, “Heban”, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2003, s. 282

Kolejne wyzwanie czytelnicze – czytanie Noblistów

2009 lipiec 29
tagi:
autor: Joanna

Kolejne wyzwanie, kolejny dreszczyk emocji – tym razem zapowiada się podróż nie tyle w zakątki dzikiego świata, co w tajemnicze lochy przeszłości. Wielkie brawa dla Anny za zorganizowanie całej akcji – a ja zapraszam wszystkich do udziału!

Moja znajomość Noblistów przedstawia się bardzo skromnie, ale przynajmniej mam motywację, by poszerzyć wiedzę.

Henryk Siekiewicz -”Szkice węglem”, “Janko muzykant”, “Latarnik”, “Potop”, “Quo vadis”, “Krzyżacy”, “W pustyni i puszczy”;

Władysław Reymont – “Chłopi”;

Thomas Mann – “Czarodziejska góra”;

Ernest Hemingway – “Stary człowiek i morze”,

Albert Camus – “Mit Syzyfa”, “Dżuma”;

Isaac Bashevis Singer – “Dwór”;

Czesław Miłosz – wybór wierszy;

Gabriel Garciá Márquez – “Sto lat samotności” (czeka już na półce do czytania);

Wisława Szymborska – wybór wierszy;

Doris Lessing – “Szczelina” (również czeka na półce do czytania).

Czas: nieograniczony.

Plany: brak konkretnych, ale na pewno jak największa ilość przeczytanych Noblistów.

“Lektor” – Bernhard Schlink

2009 lipiec 26
autor: Joanna

Czyżby próby rozliczenia się z wojenną przeszłością były zadrą w sercu populacji niemieckiej? Być może. Wielu próbuje postawić wreszcie na kartce papieru wynik równania, które jednoznacznie pokaże, co było dobre, a co złe.
Schlink stawia trudne pytania i romans piętnastolatka z dojrzałą kobietą czyniąc za tło rozważań, nie ułatwia czytelnikowi poszukiwań, dających spokój i wytchnienie raz na zawsze. Zmarłym i żyjącym, analfabetom i piśmiennym. Schmitz była strażniczką w obozie i to wszystko komplikuje. Jej niebieskie sukienki i  fascynująca twarz są teraz zgniłą śliwką z robakiem pod pestką.
Czuję się zagoniona w kąt, jakby za karę. Obserwowałam Hannę i jej jędrne ciało, włosy upięte w kok, ale oczyma Michaela, zdając sobie sprawę z pożądania i miłości, jaką do niej żywił. Rozumiem, że podczas procesu nie chciała się zdemaskować i skompromitować. Nie umiem jej zgłębić i jednoznacznie potępić. Ale czy nie narażam się na gniew etyków, jeśli powiem, że polubiłam kobietę, dla której analfabetyzm jest straszliwszy niż śmierć niewinnych w Auschwitz i wszystkich komorach gazowych? Skąd mam wiedzieć,  co rodziło się w jej głowie, gdy kazała  więźniarkom czytać książki na głos, każdego wieczora?
Przypomina mi się “Łaskawe”. Littel też usiłował zmącić mój pozornie niezachwiany zbiór wartości i zasad moralnych, skrzętnie poukładanych, jednym pytaniem – czy kat wykonujący rozkaz jest winny? Przecież nie czuł do nikogo nienawiści. On tylko pracował. W przeciwnym razie osądźmy zwrotniczego. To on posłał kilometry wagonów na śmierć.

“Stulecie chirurgów” – Jürgen Thorwald

2009 lipiec 26
autor: Joanna

Książka pokazuje brutalną prawdę, jak wyglądała sztuka chirurgii jeszcze w XIX wieku. Fascynująca podróż wgłąb ludzkiego ciała rozpoczęła się tak naprawdę 16 października 1846 roku – w dniu, kiedy dziadek autora, doktor Henry Steven Hartman, oglądał w głównym bostońskim szpitalu pierwszą narkozę niwelującą ból, jaki towarzyszy operacji.
Człowieku wspólczesny, który lękasz się wizyty u dentysty, lekarza rodzinnego czy chirurga; Ty, przyzwyczajony do znieczulenia na żądanie i wygody – nawet nie wiesz, jakie szczęście na wyciągnięcie ręki towarzyszy Ci w zabiegowym.
Wyobraź sobie, że 150 lat temu nikt nie zszyłby Ci zranionego sztyletem serca, ponieważ organ ten reaguje gniewem na każdego, kto tylko ośmieli się wyciągnąć go z osierdzia i ugodzić spojrzeniem. Nie myśl, że kamienie nerkowe uległyby rozdrobnieniu wobec niszczycielskich ultradźwięków. Jedyne, co Ci pozostało, to udać się do Indii, gdzie szanowany przez lud Mukerji rozetnie brudnym nożem krocze i wyłuska z Twego wnętrza przyczynę bólu. Jeśli chcesz się narazić na śmieszność medycznego światka, możesz zaufać jakiemuś szaleńcowi, który małym drucikiem wprowadzonym przez moczowód rozkruszy kamienie.
Czyste ręce? A co to takiego? Przecież gorączka ropna i zapalenie otrzewnej to normalny etap operacji. Czy nie wystarczy Ci, że skalpel został wytarty o oblepiony ropą fartuch? Nie ośmieszajmy się, przecież wiadomo, że te żyjątka, nazywane przez Pasteura bakteriami, to tylko owoc nazbyt bujnej wyobraźni.
Kobieto o wąskiej miednicy – przyzwyczaj się, ze każdy poród trwał będzie minimum trzy dni, a Ty znajdziesz się na granicy śmierci. Jeśli ktoś będzie nakłaniał Cię do cesarskiego cięcia*, przyjmij do wiadomości, że wytną Ci macicę.

Historia chirurgii jest historią ostatnich stu lat. Rozpoczyna się ona w roku 1846 odkryciem narkozy, która stworzyła możliwość bezbolesnych operacji. Wszystko, co było przedtem, jest tylko nocą niewiedzy, cierpienia i bezowocnego macania w ciemności. “Historia stu lat” przedstawia najbardziej przerażającą panoramę, jaką zna ludzkość.

Bertrand Gosset

*ciekawostkaCezar, pierwszy cesarz rzymski, wedle wątpliwej zreszta legendy miał zostać wycięty z łona matki. Stąd później wywodzono imię Cezar od słowa “caesus”, co mogło oznaczać “wycięty”. A ponieważ od słowa Cezar wywodzi się tytuł “cesarz”, skojarzono w końcu pojęcie cesarza z pojęciem porodu za pomocą cięcia. I tak powstało określenie “cesarskie cięcie”. Ale legenda, iż Cezar urodzony został przy pomocy cięcia brzucha, wcale nie dowodziła, że Rzymianie opanowali “cesarskie cięcie” i skutecznie je wykonywali.
- – - – - -
* Jürgen Thorwald, “Stulecie chirurgów”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, s. 281

“Na południe od granicy, na zachód od słońca” – Haruki Murakami

2009 lipiec 21
autor: Joanna

Wakacyjne zawirowania sprawiają, że nagle w moim życiu dzieją się cuda – książeczkę liczącą trochę ponad 200 stron czytałam tydzień. Na dodatek dopadło mnie dziwne odrętwienie w stosunku do powieści, a zaczytuję się w poradnikach wszelkiej maści; wczoraj wieczorem dowiedziałam się, jak nie dać się manipulacji.
Często zastanawiałam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym mieszkała kilometr dalej, w innym pokoju, wychowywana w odmiennej strefie klimatycznej… Czy nadal byłabym sobą, tym melancholikiem z ogromną domieszką choleryka, wpadającym w stany depresyjne, gdy niemożliwym staje się osiągnięcie perfekcji? Pewnie inaczej przeżywałabym stany zakochania, radości, lęku, rozpaczy.
Hajime porzucił żonę i córeczki, ponieważ nosił w sobie silny rys Shimamoto, dwunastoletniej kobiety (sic!), którą pokochał. Byli dziećmi, ale zaplątana nić między ich duszami od pierwszego włókna była o niebo dojrzalsza. Mężczyzna i kobieta. Kobieta i mężczyzna. Nigdy nie byli dla siebie dziećmi. Hajime rzucił wszystko, by dowiedzieć się, co jest na południe od granicy, na zachód od słońca. Syberyjska gorączka, każąca przemierzać morze śniegu aż do upadłego, czy… Właśnie, co?
Powieść Murakamiego jest inna od tych, które przeczytałam (aż dwie). Jakby odarta z magii. Przypomina trochę nieszczęśliwą historię miłosną, w której wszyscy sie ranią, by na końcu stwierdzić, że tam, gdzie nas nie ma, nie musi być wcale lepiej i piękniej.

“Łaskawe” – Jonathan Littel

2009 lipiec 9
autor: Joanna

Stało się. Zarzekałam się, że każdą książkę doczytam do końca, choćbym cierpiała średniowieczne katusze z tego powodu. Potwierdza się przekonanie, żeby po przeskoczeniu sprawdzić, w co się wdepnęło, zanim powie się “hop”.
Zapowiadało się ciekawie – fikcyjne zeznania byłego oficera SS, doktora Maximiliana Aue. Mężczyzny, który pragnął być kobietą i realizował się seksualnie z młodymi chłopcami. Ukrywającego grzeszną miłość do siostry bliźniaczki. Aue można nazwać estetą – patrząc na rzeź Żydów, przypomina sobie dzieła Platona i zaczyna nad nimi rozmyślać; w przerwach między opisem egzekucji zauważa detale architektury miasta. Przede wszystkim były oficer SS nie odczuwa skruchy, sięgając pamięcią wstecz, do czasów wojny. Dziś zajmuje się przemysłem koronczarskim i chce napisać, co przeżył. Papier jest cierpliwy.
Ktoś napisał, że jest to diabelska ksiażka. Zgadzam się – argumenty podawane przez meżczyznę są trudne do obalenia, w pewnym momencie rodzi się w głowie niebezpieczna myśl – a jeśli on ma rację? Może rzeczywiście naziści nie robili niczego złego, a wykonywali polecenia, li i jedynie? Działali w imię wyższych wartości?
Podziwiam benedyktyńską pracę Jonathana Littela, deszcz nagród, jaki posypał się na jego głowę – ale w pewnym momencie robi się nudno. Nie widziałam żadnej ukrytej, wręcz kryminalnej intrygi. Przeczytawszy 250 stron, nie mam siły czekać, czy coś się zmieni do 1034. Być może nie dorosłam do tej lektury?

“Lot nad kukułczym gniazdem” – Ken Kesey

2009 lipiec 5
autor: Joanna

Byli trochę jak dzieci – zagubieni, słabi, wystraszeni światem, który wciąż czegoś od nich chciał. Nie było ich winą, że nie potrafili zapanować nad mimowolnym oddawaniem moczu czy wymykającym się z bezwładnych ust “Pppierrdoolę żooonę!”. W szpitalu psychiatrycznym każdy z nich czuł się jak w domu – zniewolony, ale bezpieczny, bo na siłę wtłoczony do machiny wszechwładnego Kombinatu. Podzieleni na trzy grupy – Okresowych, Chroników i Roślin – spędzali lata na grze w oczko lub siedzeniu na wózku inwalidzkim i sikaniu po nogawkach.
Aż pewnego dnia porządek zatomizowanego Wszechświata burzy Randle Patrick McMurphy – szuler, dziwkarz, zabijaka, który, usiłując uniknąć wyroku, udaje wariata. W swoich podkutych blachą butach chodzi po oddziale, śpiewa piosenki, wesoło krzyczy, a jego śmiech odbija się echem od śnieżnobiałych fartuchów personelu i ścian. Dopiero on uświadamia pacjentom, że ucieleśnienie miłosierdzia i dobroci, siostra Ratched, gnębi ich z radością godną rasowego sadysty. Wywołuje poczucie winy, podaje otumaniające dawki leków, skasuje na żywot rośliny.
McMurphy bawi się przednio, dopóki wariat piastujący stanowisko ratownika na basenie nie uświadamia mu, że wszyscy pacjenci są tutaj zamknięci z własnej, nieprzymuszonej woli, a jedynym sposobem wydostania się na wolność jest łaska Wielkiej Oddziałowej.
Od tej pory Randle stawia sobie za cel złamać siostrę Ratched, by jej porcelanowa twarzyczka lalki pękła i ukazała prawdziwe oblicze. Jak tego dokonać, by nie trafić na drugie piętro, zarezerwowane dla furiatów, na wspomnienie którego wszystkim cierpnie skóra na grzbiecie?

Przywiązują cię do stołu zabiegowego, jak na ironię losu akurat w kształcie krzyża, a zamiast korony cierniowej oplata ci głowę pierścień iskier elektrycznych, kiedy technicy przykładają ci do skroni elektrody. Dawka prądu za pięć centów przepływa ci przez mózg i jest to za jednym zamachem zabieg leczniczy, jak również kara za twoje agresywne i wyzywające zachowanie, a ponadto na okres od sześciu godzin do trzech dni, zależnie od odporności twojego organizmu, mają cię absolutnie z głowy. Nawet po odzyskaniu przytomności jeszcze przez wiele dni chodzisz zupełnie otępiały. Nie możesz jasno myśleć. Masz luki w pamięci. Po długiej kuracji elektrowstrząsowej możesz skończyć jak Ellis, którego widzisz tam przy ścianie. W wieku trzydziestu pięciu lat jest śliniącym się, moczącym portki idiotą.

Opowieść snuta przez pozornie głuchoniemego, dwumetrowego Indianina, Wodza Szczotę Bromdena, wymusza współczucie. Nad każdym wariatem każe pochylić się ze ściśniętym sercem – nie po to, by płakać, ale wejść, skrępować sadystyczny personel i dać życie ofiarom bezlitosnego reżimu, wymysłu kilku osób.
Dramatem, o którym wciąż nie mogę przestać myśleć, jest jednak los, jaki spotkał najnormalniejszego z nich – McMurphy’ego, który dał im wolność i szczery, głośny śmiech zamiast nerwowego chichotu tłumionego po kątach.

“Dwadzieścia cztery godziny z życia kobiety i inne opowiadania” – Stefan Zweig

2009 lipiec 5
autor: Joanna

Zawsze podziwiałam pisarzy, którzy potrafili wcielić się w osobę odmiennej płci. To zabieg porównywalny do operacji na otwartym mógzu – patrzy się w pofałdowaną gąbkę z zamiarem poznania danego człowieka, jego marzeń, planów, emocji. Co więcej – to pierwsza książka napisana przez mężczyznę, z której wyziera głęboka akceptacja natury kobiecej.

Nieuznawanie prawdy tak oczywistej jak ta, że są chwile w życiu kobiety, kiedy zdana jest na pastwę tajemniczych sił niezależnie od swojej woli i świadomości, nie jest niczym innym niż ukrywaniem lęku przed własnymi instynktami, przed siłami demonicznymi drzemiącymi w naszej naturze.

Obawiam się, że ktokolwiek wypowiedziałby dziś głośno tę kwestię, zostałby oskarżony o usprawiedliwianie damskich wyczynów. A przecież w nich zawarta została cała prawda!
Szukając informacji o samym autorze, dowiedziałam się, że w jego zainteresowaniach leżała psychologia i zachowania człowieka. Każde opowiadanie zawarte w zbiorze pokazuje żmudny proces psychoanalizy freudowskiej, zmierzającej do zrozumienia i po części usprawiedliwienia swoich czynów. Bohaterowie snują opowieść życia, pragnąc udowodnić, że nie są złymi ludźmi; ich dramat polega na zniewoleniu demonicznym siłom – pożądania, pasji, miłości, hazardu.
Zweig stanowczo sprzeciwia się faszyzmowi i daje temu upust w swej twórczości. “Nowela szachowa” to traktat o podstępnych technikach, doprowadzających każdego do granic szaleństwa. Niewinne zajęcie, jak gra w szachy figurkami z resztek chleba, na kraciastym prześcieradle, jawi się jako ucieczka do innego świata.
Smutna prawda dociera do czytelnika – jesteśmy słabi, podstępni, tchórzliwi, a dywagacje Freuda wcale nie są tak abstrakcyjne i śmieszne, jak mogło się wcześniej wydawać.

Czytelniczy łańcuszek

2009 lipiec 4
autor: Joanna

Do zabawy zaprosiła mnie jj-jj - dziękuję bardzo! Już spieszę z udzieleniem odpowiedzi.

1. Czy omijasz czasem w książce fragmenty, kóre Cię nudzą, czy też zawsze musisz zapoznać się z całością dzieła i wertujesz je od przysłowiowej deski do deski?

Dawno temu, za całymi stertami ksiażek, mama mówiła mi “A jak będzie jakaś strzelanina albo będą klnąć, to masz ominąć”. I omijałam te fragmenty, bo słowo rodzicielki – rzecz święta.
Teraz jednak wertuję książki kartka po kartce, nawet gdy nudzę się śmiertelnie. Chcę znać zarówno mocne, jak i słabe strony danej pozycji.
Ogromną rolę odgrywa też mój upór, niczym u rasowego osła, który każe mi wytrzymać i przemóc chęć odłożenia książki na półkę. “Ten typ tak ma” – śpiewał Rynkowski.

2. Jaki jest Twój ulubiony typ książek, mam tu na myśli thriller, książki przygodowe, obyczajowe, historyczne itp. (ja np lubię tzw. powieść pensjonarską i to najlepiej z XIX w.)?

Ogromne wrażenie wywierają na mnie kryminały nawiązujace do atmosfery serii Marka Krajewskiego z detektywem Eberhardem Mockiem w roli głównej. Klimatyczny, niebezpieczny Wrocław z początku XX wieku – obowiązkowo nocą. Swego czasu zaczytywałam się w kryminałach mistrzyni, Agathy Christie, w zasadzie planuję powtórzyć lekturę możliwie jak największej ilości.
Kocham książki – urodziłam się i wychowałam pośród nich, dlatego łatwiej przyjdzie mi napisać, których nie lubię. Romansideł, Harlequinów. Takich o niczym.

3. Jaka lektura szkolna najbardziej zapadla Ci w pamięć w pozytywnym sensie, a jaka w negatywnym i dlaczego?

Pozytywnie zapadły mi w pamięć “Cierpienia młodego Wertera”. Dlaczego? Cała klasa pluła na biednego Wertera, narzekając, że baba, dziwak egzaltowany, nie ma co robić, tylko życie uprzykrza Albertowi i Lotcie. Nie wiem dlaczego, ale miałam w sobie całe pokłady zrozumienia dla tegoż bohatera i, niczym bojowniczka za wiarę, wykłócałam się z dwudziestoma osobami. Pewnie brzmi to śmiesznie, ale zbliżyło mnie to emocjonalnie z fikcyjną postacią, jak gdyby była kimś żywym.
Negatywnie odbieraną książką szkolną do końca życia pozostanie podręcznik od fizyki, z którego nie rozumiałam zupełnie nic! Jedyną atrakcją były obrazki, ale też jakieś dziwne. Co prawda nie jest to lektura, ale od razu skojarzyło mi się z pytaniem.

Pytania zadane przez Lilithin:

1. Czy zdarzyło Ci się zniszczyć książkę (własną lub pożyczoną)? W jakich okolicznościach i jeśli była pożyczona, to jak się wytłumaczyłaś?

Zniszczyć nie zdarzyło mi się nigdy, ale w liceum, na lekcjach języka polskiego, dzieliłam ławkę z koleżanką, która po lekcji do plecaka pakowała wszystko – także moje rzeczy! Przy omawianiu “Jądra ciemności” z roztrzepania zabrała mój egzemplarz, wypożyczony z biblioteki. W domu, już po palpitacji serca, że zgubiłam książkę, zabrałam pieniądze i pobiegłam kupić taką samą z zamiarem, że kłaniając sie w pas pani bibliotekarce uniknę czegoś nieprzyjemnego. Nazajutrz na lekcji byłam już szczęśliwą posiadaczką dwóch egzemplarzy “Jądra ciemności”.

2. Czy zdarza Ci się czytać w języku obcym? Jeśli tak, to w jakim i co decyduje o tym, że sięgasz po taką książkę?

Tak, kilka razy zdarzyło mi się sięgnać po książkę w języku niemieckim i angielskim. Nie były to co prawda ambitne pozycje, bo chciałam najzwyczajniej w świecie obyć się choć trochę z językami, których uczę się w szkole. Moim marzeniem jest, by zrozumieć książki w tych dwóch językach bez pomocy słownika. Może kiedyś…

3. Czy kiedykolwiek obejrzałaś film, który zachęcił Cię do przeczytania książki? Albo: czy w ogóle oglądasz filmy na podstawie książek, których jeszcze nie czytałaś?

Staram się nie oglądać filmu, zanim nie przeczytam książki. Dlatego nie poszłam do kina na film pt. “Lektor”. Mam pewne trudności z czytaniem, gdy widziałam już film. Bardzo chcę poznać “Zieloną milę” Stephena Kinga, ale mam obawy, że nie podołam wykreowaniu bohaterów innych, aniżeli Tom Hanks, itd. Może za dwadzieścia lat, gdy zapomnę już fabułę, przekonam się  do Kinga.

Teraz nadchodzi emocjonujący moment programu, czyli typowanie kolejnych uczestników… Będę szczęśliwa, jeśli zaproszenie do zabawy przyjmą:

Pytania do Was:

1. Czy istnieje książka, która bardzo Was rozczarowała? Czekałyście na nią z utęsknieniem, a przy lekturze okazało się, że to kompletna pomyłka?

2. Pamiętasz książkę, która była pierwszą przeczytaną przez Ciebie, zupełnie samodzielnie?

3.  Jeśli spotkałabyś człowieka, który w swoim życiu nie przeczytał ani jednej książki – jaką poleciłabyś mu na rozpoczęcie czytelniczej przygody?

Debiut – wyzwanie czytelnicze

2009 lipiec 2
autor: Joanna

Namówiona przez jednego z moli książkowych, jj-jj, postanowiłam dołączyć do arcyciekawego wyzwania czytelniczego, a jest nim mianowicie literatura na peryferiach. Nigdy nie przypuszczałam, że niewinnie wyglądająca zabawa może dostarczyć bibliofilowi tyle radości i dreszczyku emocji! Z ogromnej skarbnicy wybrałam:

1. lektury obowiązkowe:

  • Jaclyn Moriarty – “Mam łóżko z racuchów” / Australia
  • Isabel Allende – “Ewa Luna” / Chile
  • Elina Hirvonen – “Przypomnij sobie” / Finlandia

2. lektury dodatkowe:

  • Jani Virk – “Śmiech za drewnianą przegrodą” / Słowenia
  • Urs Widmer – “Ukochany matki” / Szwajcaria
  • Orhan Pamuk – “Nazywam się czerwień” / Turcja
  • Peter Godwin – “Gdzie krokodyl zjada słońce” / Zimbabwe

Czas – do 21 grudnia 2009 roku. A zatem – czas udać się w najdalsze zakątki świata!