Ta książka jest jak kroki. Ciche, pełne spokoju, niestukoczące bezładnie, ale naznaczone mądrością i refleksją. Rozlegają się jeszcze w mojej głowie; czuję, że są w miejscu, gdzie rodzi się życie i śmierć, myśl i wspomnienie, metafizyczny byt.
Miał kiedyś pomysł, żeby jeździć rowerem po Polsce i rozdawać ludziom książki.1
Czym może być literacki portret Jana Nowickiego, uwielbianego aktora, który dla wielu ma twarz Wielkiego Szu? Zbiorem dat i oplecionych nimi wydarzeń, kilkoma ujawnionymi tajemnicami, skandalami… A po przeczytaniu pierwszej strony już wiem, że nadal nie będę znała dokładnej daty urodzenia artysty, imion matki i ojca, sekretów znajomości z ludźmi, których podziwiam.
W zamian za to dostałam możliwość przejścia przez granicę oto znany i szanowany aktor opowie o swoim życiu. Podczas czytania tej książki, bardzo powolnego zresztą, bo inaczej nie sposób, czułam się, jak gdybym w oderwanej od czasu świątyni, zamglonej od kadzidła, podsłuchiwała penitenta podczas spowiedzi. I przez zrządzenie losu posiadła wiedzę o najskrytszych bolączkach i codziennych przerażeniach, które trzymamy tylko dla siebie.
Wiesz, co się dzieje? Grzechy wracają. Po prostu wracają. Nad ranem dopadają cię, jak alkoholika lęki. Jeszcze nie jest za oknem widno, ale spać już nie można, nie wolno. I wtedy przypomina ci się grzech, staje się większy, niż dziesięć czy trzydzieści lat temu, staje się OGROMNY I NIE DO WYTRZYMANIA. NIE MASZ Z NIM SZANS, PRZEKREŚLA CIĘ W CIĄGU KILKU SEKUND JAKO CZŁOWIEKA.2
Zbiór tychże impresji można traktować jak mapę w drodze do domu. Pierwszy przystanek, na którym wysiadamy, mieści się pośród rodzinnego domostwa, które zamieszkuje babka, matka, siostra Hania, umierajacy na gruźlicę ojciec.3 A im dalej jedziemy, tym szybciej mrugają do mnie widoki zza szyby. Przeszłość zlewa się z przyszłością, aby za moment spostrzec doganiajacą nas teraźniejszość. Słucham z zaciekawieniem, kto siedział na pomoście podczas ślubu, jakie przezwiska nadawał dzieciakom na obozie wakacyjnym, aby stali się od razu kimś ważnym4 i jak zakończyła się awantura o szampon. Spostrzegłam, że podziwia ludzi prostych, o których świat nigdy nie słyszał, a tymczasem oni, w zupełnej ciszy, trzymają go na swoich ramionach.
- Wiesz, dlaczego lubię do niego jeździć i gadać z nim? – zapytał Nowicki. – Wiesz, do cholery, dlaczego? Bo nie można mu zaimponować. Przywoziłem do niego sławnych, wybitnych. On nie ma grama kompleksu. Nie zrobili na nim żadnego wrażenia, traktował ich, jak każdego. Zobacz, jak on kocha życie. Widzisz jak?5
Nigdy wcześniej nie słyszałam o Rafale Wojasińskim. Może to moja ignorancja albo czysty przypadek? Wiem jednak, że pięknie potrafi słuchać. Nie każdy ma talent do słuchania, ale on jest mistrzem. Nie ciągnie aktora za język, aby wydusić z niego jak najwięcej. Ze słów wypowiedzianych przez Nowickiego uplótł cichą i spokojną książkę. Nie wyobrażam sobie czytania jej podczas podróży, w poczekalni u dentysty lub tramwaju. Idealnie byłoby rozłożyć koc wśród nabrzmiałych i pękatych zbóż, obserwując pomarańczowe słońce na widnokręgu i pozwolić wypłynąć tym słowom. Zanurzyć się w niewzburzonym oceanie refleksji.
(z braku możliwości pozostał mi tylko koc i cztery ściany)
O czym jest ta, bądź co bądź, niepozorna książka z pięknymi fotografiami Krzysztofa Opalińskiego (można wręcz spojrzeć przez ramię Nowickiego wprost na patelnię, na której smaży się jajko sadzone)?
O wracaniu do samego siebie. Szukaniu drogi do prawdziwego i jedynego domu, zaświatów, w których dusza mieszka jednak znacznie dłużej niż ciało tutaj.
O pamiętaniu i łagodnym zapominaniu, by ktoś inny mógł to pielegnować.
I, choć brzmi to tak banalnie, że aż przechodzą mnie ciarki – o życiu. Krótkie i paraliżująco celne myśli o Bogu, marzeniach, stajni, papierosach i filmach ofiarują więcej, aniżeli opasłe traktaty filozoficzne. Dawno nie trzymałam w dłoniach tak mądrej i jednocześnie nienapompowanej lektury.
- Mnie chodzi o śmierć – mówi. – Nie obchodzi mnie to, że powinienem się cieszyć z tego, że tak żyję. Trzeba jakoś dojść do domu. Chciałbym, żeby ta śmierć była jakąś ładną kobietą, żeby nie miała kosy. Nie pasuje mi do śmierci kosa. Innym pasuje, a mnie nie.6
_
1 Rafał Wojasiński, “Jan Nowicki: droga do domu”, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2009, s. 35
2 tamże, s. 87
3 tamże, s. 9
4 tamże, s. 112
5 tamże, s. 34
6 tamże, s. 18
Przyznam, że z całej edukacji historycznej najbardziej pociąga mnie epoka średniowiecza. Mroczne wieki, będące tajemnicą jeszcze dzisiaj, wzbudzały we mnie niekłamane zainteresowanie. Wszystko pachnie inkwizycją,wymyślnymi torturami i teoriami spiskowymi. I cała ta atmosfera paruje z kart “Piekła Gutenberga”.
Kiedy kardynał zaczął oglądać posmarowane miodem i posypane migdałami ciastka, Sebastiano niepostrzeżenie wsunął dłoń po lnianą ściereczkę, na której je ułożono, wyjął nóż i wbił staremu w pierś. Ten nawet nie zdążył krzyknąć.1
Wraz z bohaterami wchodzimy w realia Rzymu i Moguncji lat 1453, 1454. W Rzymie dochodzi do zasztyletowania kardynała przez tajemniczego Sebastiano. Tymczasem 1255 kilometrów na wschód (gdyby podróżować dzisiejszą A1) Jan Gutenberg udoskonala swój wynalazek, aby dać ciemnemu ludowi treść Pisma Świętego, gdy w mieście dochodzi do dwóch zabójstw. Młody sędzia Thomas Berger, który dopiero co objął nową posadę, prowadzi śledztwo. Czy morderstwa są powiązane z ruchomymi czcionkami? Jakie tajemnice kryją mury Wiecznego miasta? Co siedzi w głowach duchownych, zlecających zlikwidowanie rywala w wyścigu po papiestwo?
Zgrabne zszycie fikcji literackiej i historii chrześcijaństwa ze średniowieczną Europą w tle powoduje, że każde zdanie pochłania się z pasją szaleńca. Nietrudno powołać do życia w wyobraźni brukowane uliczki, skrzypiące drewniane schodki, nasiąknięte deszczem – niczym gąbka wodą – ściany budynków. To jedna z tych przygód, po których nie mam ochoty wracać do rzeczywistości kosmicznego roku 2010.
Dziękuję Wydawnictwu Pax za literacki bilet do przeszłości.
_
1 Christoph Born, “Piekło Gutenberga”, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2009, s. 17
Murakami czyta się w jakimś dziwnym bólu, sama nie wiem, dlaczego. I pośród tego pulsowania przyszła do mnie odpowiedź na pytanie, które tkwi, niczym gwóźdź w ścianie, w umyśle wielu – czym jest sens życia?
I już wiem, że sens to po prostu sen z dodatkową literą “s” na końcu.
Gdyby wszystko było takie proste.
_
A “Przygodę z owcą” przyduszę i już.
Istnieje świat. Pod względem prawdopodobieństwa zahacza to o granicę niemożliwości. Byłoby dalece bardziej wiarygodne, gdyby przypadkiem nie istniało nic. Wówczas to w żadnych okolicznościach nikt nie trudziłby się szukaniem odpowiedzi, dlaczego nic nie istnieje.1
To zupełnie niezwykłe, że istniejemy. Jesteśmy blisko spokrewnieni z gadami, jaszczurkami, gekonami i tylko czysty przypadek na drodze ewolucji sprawił, że to właśnie my mamy pod sklepieniem twardej czaszki o dwa zwoje mózgowe więcej. Gdyby miliard lat temu nie doszło do zbliżenia jakichś zwierzątek, które dzisiaj oglądamy w atlasie przyrodniczym, być może nie oglądałabym teraz świata.
A jeśli to nie przypadek? Czy można liczyć na łut szczęścia, gdy chodzi o życie pięciu miliardów istnień, kochających i nienawidzących, płaczących z radości i smutku, kasłających i kichających? Dlaczego akurat my, a nie gekon, posiadamy zdolność abstrakcyjnego myślenia i zastanawiania się nad sensem życia i śmierci? Zwierzęta prawdopodobnie nie spędzają chwil pod rozgwiażdżonym atłasem na dywagacjach o naturze egzystencjalnej.
To, co jest teraz, może być przyczyną tego, co było. Homo erectus nie miał bladego pojęcia o zaistnieniu Wielkiego Wybuchu. Całkiem niedawno naukowcy zaczęli bić brawo z podziwu, całe piętnaście miliardów lat po przedstawieniu fajerwerków. Może jesteśmy przyczyną, dla której nagle w przestrzeni niebieskiej doszło do wielkiego oślepiającego BUM?
Historia gryzie się w ogon. Im głębiej zaglądamy w bezgraniczny kosmos, tym odleglejsze wydarzenia jesteśmy w stanie zobaczyć. Wraz z ogromnymi teleskopami badamy pierwsze sekundy naszego życia, istnienia w jednej z 1011 widzialnych galaktyk.
“Maja” to książka – cud. Otwiera oczy na świat, życie człowieka, stawia fundamentalne pytania i próbuje zmusić różową galaretkę do poszukania własnej odpowiedzi. Konstrukcja zbliżona do powieści szkatułkowej i epistemologicznej, fikcyjny autor, zamieszczony na końcu manifest życia, zagadka wręcz kryminalna i nawiązanie do La maja desnuda Goi – ten róg obfitości wprowadza w świat, w którym nic nie jest wiadome. To doskonała okazja, aby zgłębić problemy ewolucji i istnienia w sposób łatwy i arcyprzyjemny, wyciskając z każdego słowa ostatnie soki treści.
Czy pytania bez odpowiedzi są nimi, ponieważ odpowiedzi nie ma, czy dlatego, że ich nie znamy?…
_
1Jostein Gaarder, “Maja. Opowieść o miłości i przemijaniu”, Jacek Santorski & Co. Wydawnictwo, Warszawa 2001, s. 417
Światło świeci w życiu jedynie przez bardzo krótki czas. Może tylko przez kilkanaście sekund. Jeżeli ten czas minie i jeżeli człowiek nie zdąży znaleźć danego mu objawienia, nie będzie już miał powtórnej okazji. I być może przyjdzie mu spędzić resztę życia w głębokiej samotności i żalu, od których nie ma ucieczki. Żyjąc w takim świecie mroku, człowiek nie może się już niczego spodziewać. W dłoniach trzyma się jedynie żałosne szczątki tego, co mogło być.
Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza
Była to przyjemna noc czerwcowa, chłodna i jasna od księżycowego blasku.1
Była to przyjemna noc styczniowa, chłodna i jasna od śnieżnego blasku, kiedy położyłam na kolanach kartkę formatu A4 z drzewem genealogicznym rodu Buendíów. Miałam ją przy sobie w każdym momencie lektury, bo pragnęłam nade wszystko uniknąć wertowania kartek w poszukiwaniu związku pomiędzy bohaterami. Żółtym kolorem zaznaczone imiona kobiet z rodziny Buendía, zielonym mężczyzn, a niebieskim osób spoza magicznego kręgu, które weszły w tę historię nie inaczej, jak przez łóżko.
Gdy olbrzym uniósł wieko, ze skrzyni powiał lodowaty podmuch. W środku znajdował się tylko ogromny przezroczysyt blok, jakby zlepiony z niezliczonego mnóstwa igiełek, w których światło zmierzchu rozszczepiało się na różnokolorowe gwiazdki. Oszołomiony, wiedząc, że chłopcy oczekują natychmiastowych wyjaśnień, José Arcadio Buendía odważył się szepnąć:
- To chyba największy diament świata…
- Nie – powiedział cygan. To jest lód.2
“Sto lat samotności” otwiera przed czytelnikiem świat, w którym zwyczajne rzeczy są czymś magicznym, natomiast te, na których widok z pewnością otworzylibyśmy szeroko usta, przyjmowane są bez zdziwienia, całkiem normalnie. Drzwi do Macondo stoją otworem – każdy, kto tylko pragnie ujrzeć drzewa migdałowe rosnące wzdłuż ulicy, musi odważnie wprosić się na ucztę i słuchać, patrzeć, wąchać.
José Arcadio Buendía i Urszula Iguarán wraz z innymi osadnikami założyli Macondo, gdy uciekli z Riohacha przed duchem Prudencia Aguilara (rzec można – głosem sumienia nawiedzającym dom aż do jego upadku) i konsekwencjami swoistego grzechu pierworodnego – pobrali się jako kuzyni, skazani według ludzi na potomstwo ze świńskim ogonem. W nowym, stworzonym przez siebie świecie przekazywali przekleństwo na kolejne pokolenia, karząc wszystkich bolesną samotnością, której nie kończyła nawet śmierć.
Miłość występowała nierozłącznie wraz z cierpieniem. Mimo pozornych związków wszyscy boleśnie odczuwali ból związany z ludzką egzystencją. Wywoływane wojny, prowadzone kampanie wojskowe, rebelie, hulaszczy tryb życia, wprowadzane innowacje, uciechy, swoboda seksualna – wszystko niczym sól przysypywało rany, aby te za chwilę piekły z większą intensywnością, przypominając o przymusie szukania szczęścia w świecie.
Oszalała z rozpaczy Rebeka wstała o północy i jadła garście ziemi z ogrodu z samobójczą żarłocznością, płacząc z bólu i wściekłości, żując młode dżdżownice i raniąc sobie dziąsła skorupkami ślimaków. Wymiotowała aż do wschodu słońca. Pogrążona w stanie gorączkowej prostacji, straciła przytomność, a serce jej otworzyło się w bezwstydnym szale.3
Historia Macondo z każdą stroną chyli się ku upadkowi wedle biblijnego porządku – od Księgi Rodzaju aż do Apokalipsy, której wizję końca świata rozpracowują tęgie umysły. Mieścina od samego początku skazana była na unicestwienie, a każdy ludzki gest tylko przyspieszał bezwzględna machinę, jaką jest los. Melquíades, zaprzyjaźniony Cygan, wiedział o tym i spisywał całą historię na swoich pergaminach, uprzednio ją szyfrując. Jedyną osobą trzymającą w ryzach dom i poniekąd całą rzeczywistość była Urszula, która zwykła mawiać, że świat kręci się w kółko, zauważając przy tym echa przeszłości w teraźniejszości. I ona przeszła na drugą stronę lustra; od tej pory mogła jedynie pojawiać się i krążyć po ruinach ukochanego miejsca jako zjawa.
Wtedy dopiero odkrył, że (…) Francis Drake napadł na miasto Riohacha tylko po to, żeby oni mogli szukać się wzajemnie po najbardziej zawiłych labiryntach krwi, aż do spłodzenia mitologicznego zwierzęcia, które miało położyć kres rodowi.4
Samotność może mieć wiele odcieni. José Arcadio Buendía w swoich szaleńczych marzeniach gubi granicę pomiędzy światem rzeczywistym i wyimaginowanym, Amaranta do śmierci pozostaje dziewicą, Urszula zmaga się z samotnością w ciemności ślepoty, a Meme, nie wypowiedziawszy ani słowa, umiera w jakimś przytułku w Krakowie; najbardziej jednak rozczulił mnie los Mauricia Babilonii. Gdy pytałam samą siebie, dlaczego, zrozumiałam, że on podzielił los rodu Buendía, choć nie był na to skazany więzami krwi.
Tego samego wieczora kula jednego ze strażników ugodziła Mauricia Babilonię w chwili, gdy podnosił dachówki, żeby dostać się do łazienki, gdzie oczekiwała go Meme, naga i drżąca z miłości, pośród skorpionów i motyli, tak jak co wieczór przez dwa ostatnie miesiące. Kula, która ugrzęzła w kręgosłupie, przykuła go do łóżka na resztę życia. Umarł po długich latach cierpienia, w samotności, bez jednej skargi, bez protestu, bez najmniejszych prób buntu; dręczony przez wspomnienia i żółte motyle, które nie dały mu chwili spokoju, i publicznie potępiony jako złodziej kur.5
Gabriel García Márquez roztoczył przed moimi oczyma krainę mlekiem i miodem płynącą, w której możliwe jest dosłownie wszystko. Magia, jaka ulatnia się z każdego przedmiotu, na zawsze pozostanie na mojej skórze niczym zapach Pięknej Remedios, doprowadzający do szału mężczyzn, ginących w zwierzęcym szale, z bursztynowym płynem wyciekającym z pomiędzy odłamków roztrzaskanej czaszki.
Gdyby Márquez był Bogiem, “Sto lat samotności” traktowałabym jak Biblię.
-
1Gabriel García Márquez, “Sto lat samotności”, Warszawskie Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2001, s. 29
2tamże, s. 24
3tamże, s. 76
4tamże, s. 437
5tamże, s. 309
Przed nami kolejne wyzwanie literackie! Chętni podstawowe informacje znajdą tutaj.
Moja lista lektur obowiązkowych (jednak dołożę wszelkich starań, żeby doczytać coś nadprogramowo):
Nagroda Bookera:
1999 – Hańba, J. M. Coetzee
Nagroda Nike:
2004 – Gnój, Wojciech Kuczok
Nagroda Orange Prize:
2005 – Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver / 2006 – O pięknie, Zadie Smith
Nagroda Prix Goncourt:
2003 – Kochanka Brechta, Jacques-Pierre Amette
Nagroda Prix Goncourt do 1989 roku:
1961 – Litość Boga, Jean Cau
Zatem – do dzieł(a).
Do niedawna myślałam, że lektura książek wyłącza mnie ze świata na określony czas. Przestaję reagować na bodźce zewnętrzne wszelkiego typu, od nieśmiałego zagadywania po zapachy łaskoczące nos. Ten dość osobisty stan pozwala mi odciąć się od ocierającego się o mnie tłumu. Choćby nie wiem jak wielu ludzi siedziało wokół mnie, na mnie, pode mną, mając w zanadrzu książkę, wyciągam maleńki kluczyk i otwieram wrota do innego wymiaru, zaszyfrowanego okładką i szeleszczącymi stronami.
Myślałam tak do niedawna. W zasadzie do wczorajszego wieczoru, trochę mniej zaśnieżonego niż dzisiejszy. Trafiłam do liritio i sporzałam na okładkę książki, którą czyta, podczytuje, a przynajmniej nosi w torebce – “Zapiski na pudełku od zapałek”. W ułamku sekundy przez moją głowę przeleciał stary film, na którym zobaczyłam samą siebie w pociągu do Poznania, 21 czerwca 2007 roku.
Zdziwiłam się bardzo, widząc wyraźnie okoliczności, w jakich czytałam Umberto Eco. Pamiętam swoją granatową spódnicę w kratkę, kamizelkę, krawat, co razem składało się wdzięcznie na szkolny mundurek, brązowe buty ze wstążkową kokardką. Był słoneczny, ciepły dzień, pan vis-à-vis mnie próbował zasnąć, ale obijająca się o szybę głowa i promienie słoneczne kłujące w oczy nie ułatwiały zadania. Obok niego siedział mój nauczyciel historii i czytał książkę, chyba o Hitlerze. Na prawo ode mnie, po drugiej stronie wagonu siedziała para zakochanych i średnio co pół godziny patrzyli sobie w oczy, a przez resztę podróży trzymali się za ręce i słuchali muzyki, każde przez własne słuchawki. Wracając pod koniec dnia do domu, trzymałam na kolanach mój nowy nabytek, ciężką i bardzo grubą encyklopedię historyczną w zielonej okładce. Zza chmur nie było widać już słońca; one same przykryły niebo tak szczelnie, że zrobiło się całkiem szare. W połowie podróży sklepienie trzymane przez Atlasa zaczęło przeciekać, a wiatr wył niemiłosiernie. Z dworca PKP biegłam z nadzieją, że żadna książka nie przemoknie podczas tej czerwcowej ulewy.
Nie spodziewałam się, że jedno spojrzenie na okładkę przeniesie mnie w tamten radosny dzień. Z miejsca zaczęłam przywoływać inne obwoluty przeczytanych przeze mnie książek i gdy widziałam pod powiekami wszystko, zrozumiałam, że one nierozerwalnie związały mnie z przeszłością. Stały się kolejnym wymiarem, światem równoległym, do którego mogę czasem zajrzeć. Odkryłam kolejną tajemnicę czytania; już wiem, że ono wiąże ze sobą trzy galaktyki – nakreśloną piórem autora, moją w głowie i naszą na zewnątrz, tę materialną.
I zrazu powiedziałam sobie, że kiedy czytamy te same książki, to jakbyśmy dzielili się samymi sobą, jak chlebem.
Jestem bohaterem. To łatwe. Jeśli nie masz rąk albo nóg, jesteś bohaterem albo trupem.¹
Gdy tylko domknęłam tylną okładkę i czarne litery na białym tle przestały mnie bombardować treścią, którą dźwigają z wysiłkiem godnym podziwu, pomyślałam, że ta książka to lapidarna wersja “Innego świata” Herlinga – Grudzińskiego. Po lekturze ma się nadzieję, ze to naprawdę inny świat, w innej galaktyce.
Odkąd skończyłem dziesięć lat, bałem się, że trafię do domu wariatów albo do domu starców (…). Do domu starców trafiali wszyscy niechodzący. Nie za karę, tylko tak, po prostu.²
“Białe na czarnym” nie opowiada o radzieckich łagrach, więźniach politycznych; w zamian za to pokazuje sowieckie domy dziecka zamieszkiwane przez niepełnosprawne dzieci, których przyszłość zakończy się za kilka lat w domu. Domu dla starców. Obojętne, czy dziecko było zdolne, zaradne, wybitne – system już zdecydował, że dla kogoś takiego nie ma miejsca w pięknym, idealnym, najlepszym na świecie Związku Radzieckim. Litera prawa jest nieugięta, przepisy obowiązują wszystkich.
Jeśli nie masz rodziców, polegaj na swoich rękach i nogach. I bądź bohaterem. Jeśli nie masz rąk ani nóg, a w dodatku udało ci się zostać sierotą od urodzenia – wszystko już przesądzone. Jesteś skazany na to, że będziesz bohaterem do końca swoich dni. Albo ze zdechniesz. Ja jestem bohaterem. Po prostu nie mam innego wyjścia.³
Rubén Gallego jest urodzonym w Moskwie synem Wenezuelczyka i Hiszpanki, czarnej suki, którą zobaczył dopiero jako dorosły człowiek. Od początku swojego życia wychowywał się w sowieckich domach dziecka, bojąc się dnia, w którym umrze samotnie w domu starców, wśród szczurów wielkości kota i ubrudzonych fekaliami ludzi.
Żadne słowa nie mają takiej mocy, by oddać piekło, przez jakie przeczołgał się Gallego. Nawet książka, nagrodzona w 2003 roku rosyjskim Bookerem, nigdy nie pokaże nam życia. Mogę jedynie domyślać się, co siedziało w jego głowie, gdy kolejny raz usiłował pokonać przeszkodę grubą i wysoką niczym ceglasty mur. Nie przebijał go głową, lecz starał się obejść dokoła, znaleźć małą dziurę, przez którą można przecisnąć swoje ciało.
“Białe na czarnym” o niczym nie opowiada. Ta książka mówi. Słowa wystrzelone z karabinu układają się w krótkie zdania, wypowiedzenia, bez zbędnych ozdobników. Najdziwniejszy jest jednak fakt, że nie słychać krzyku. Wszystko jest nadmiernie spokojne, spolegliwe i chyba dlatego tak bardzo przemawia; w końcu jesteśmy pokoleniem decybeli, nienawykłych do ciszy i szeptu. Mimo cierpienia stronice niosą też jasną iskrę, tlącą się w sercu.
Moje litery, moje czarne litery na białym tle. Mam nadzieję.4
_
1Rubén Gallego, “Białe na czarnym”, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2005, s. 7
2tamze, s. 135
3tamże, s. 7
4tamże, s. 186
Podczas spaceru między bibliotecznymi regałami natknęłam się na półkę oznaczoną tłustą literą M. Wyciągnęłam rękę w bliżej nieokreślonym kierunku i trafiłam na “Męskie gry” Aleksandry Marininej. Dawno już nie czytałam kryminałów, pomyślałam zatem – dlaczego nie?
Moskwa zastraszona jest przez psychopatycznego mordercę, który udusił siedem osób. Prowadząca śledztwo major Anastazja Kamieńska odkrywa, że zbrodni dokonuje najprawdopodobniej wysoka, blisko dwumetrowa kobieta. Jednak profesor, który opracował swoją własną metodę obliczania danych o człowieku (przecinające się krzywe dni, wieku, cech osobistych, znaków szczególnych) uświadamia ją, że każdego uduszenia dokonał ktoś inny. Na nieszczęście dla Anastazji w pracy, na Pietrowce, zmienia się szefostwo, nowy przełożony doprowadza ją na skraj załamania nerwowego, a ona sama odkrywa, że w całą sprawę zamieszana jest bliska jej sercu osoba…
Major Kamieńska zostaje zaangażowana w sprawę morderstwa pięknej hostessy, Wiki. Sprawa byłaby banalnie nudna, gdyby nie fakt, że ofiara przed śmiercią utrzymywała, że usłyszała w radiu opis snu powtarzającego się od wielu lat – krwawy ślad dłoni na białej ścianie i narysowany w poprzek jasnozielony klucz wiolinowy. Podczas służbowego wyjazdu do Włoch Nastia z przerażeniem odkrywa na stoisku książkę z okładką ilustrującą sen ofiary. Na domiar złego ktoś uparcie przeszkadza milicji w dojściu do prawdy, a w kręgach stróżów prawa czai się zdracja.
Książki czyta się bardzo szybko, nie przeraża objętość (około 400 – 500 stron), ba – wręcz przeciwnie, trudno oderwać się od stronic. Przy lekturze “Męskich gier” nawet nie zauważyłam, że zapadła już ciemna noc i powinnam od dawna odpoczywać w objęciach Morfeusza. Do tej pory poznałam tylko dwie pozycje z ośmiu przetłumaczonych na jezyk polski (w sumie jest ich 25), ale powoli dostrzegam pewien motyw, schemat charakterystyczny dla Marininej.
Ogniwem łączącym wszystkie części jest główna bohaterka, major Kamieńska – trzydziestokilkuletnia kobieta o angielskiej urodzie, zdolny analityk – oraz osoby z nią współpracujące, np. pułkownik Gordiejew, kolega Korotkow, Docenko. O ile w przypadku Marka Krajewskiego zalecałabym czytanie przygód Eberharda Mocka po kolei, tak tutaj nie gra to większej roli, szczegóły osobiste nie wpływają zanadto na rozwój akcji. Tłem powieści jest Moskwa lat 90. i szara rzeczywistość – ubogie wyposażenie organów ściagania, oszustwa, zdrada wśród stróżów prawa i wszechmoc mafii.
Z pewnością rozwiązania zagadek są zaskakujące. Charakterystyczne jest, że główny podejrzany i prowodyr zamieszek to osoba, której nie podejrzewałabym w najśmielszych snach. Zazwyczaj występuje w tle, nie odgrywa większej roli, a dosłownie na ostatniej stronie (lub zdaniu – “Ukradziony sen”) okazuje się brakującym ogniwem. Drobnym problemem przy lekturze mogą być niekończące się zdrobnienia i ksywy gangsterów, czasem aż trudno połapać się, o kim mowa, ale wystarczy przewertować kilka stron i wszystko jest już jasne.
Polecam z czystym sumieniem, idealna lektura na leniwe dni, kiedy brak ochoty na egzystencjalne rozważania o szczęściu, cierpieniu, et caetera.