„Sto lat samotności” – Gabriel García Márquez

by Joanna Waliszewska

Była to przyjemna noc czerwcowa, chłodna i jasna od księżycowego blasku.1

Była to przyjemna noc styczniowa, chłodna i jasna od śnieżnego blasku, kiedy położyłam na kolanach kartkę formatu A4 z drzewem genealogicznym rodu Buendíów. Miałam ją przy sobie w każdym momencie lektury, bo pragnęłam nade wszystko uniknąć wertowania kartek w poszukiwaniu związku pomiędzy bohaterami. Żółtym kolorem zaznaczone imiona kobiet z rodziny Buendía, zielonym mężczyzn, a niebieskim osób spoza magicznego kręgu, które weszły w tę historię nie inaczej, jak przez łóżko.

Gdy olbrzym uniósł wieko, ze skrzyni powiał lodowaty podmuch. W środku znajdował się tylko ogromny przezroczysyt blok, jakby zlepiony z niezliczonego mnóstwa igiełek, w których światło zmierzchu rozszczepiało się na różnokolorowe gwiazdki. Oszołomiony, wiedząc, że chłopcy oczekują natychmiastowych wyjaśnień, José Arcadio Buendía odważył się szepnąć:
– To chyba największy diament świata…
– Nie – powiedział cygan. To jest lód.
2

„Sto lat samotności” otwiera przed czytelnikiem świat, w którym zwyczajne rzeczy są czymś magicznym, natomiast te, na których widok z pewnością otworzylibyśmy szeroko usta, przyjmowane są bez zdziwienia, całkiem normalnie. Drzwi do Macondo stoją otworem – każdy, kto tylko pragnie ujrzeć drzewa migdałowe rosnące wzdłuż ulicy, musi odważnie wprosić się na ucztę i słuchać, patrzeć, wąchać.

José Arcadio Buendía i Urszula Iguarán wraz z innymi osadnikami założyli Macondo, gdy uciekli z Riohacha przed duchem Prudencia Aguilara (rzec można – głosem sumienia nawiedzającym dom aż do jego upadku) i konsekwencjami swoistego grzechu pierworodnego – pobrali się jako kuzyni, skazani według ludzi na potomstwo ze świńskim ogonem. W nowym, stworzonym przez siebie świecie przekazywali przekleństwo na kolejne pokolenia, karząc wszystkich bolesną samotnością, której nie kończyła nawet śmierć.

Miłość występowała nierozłącznie wraz z cierpieniem. Mimo pozornych związków wszyscy boleśnie odczuwali ból związany z ludzką egzystencją. Wywoływane wojny, prowadzone kampanie wojskowe, rebelie, hulaszczy tryb życia, wprowadzane innowacje, uciechy, swoboda seksualna – wszystko niczym sól przysypywało rany, aby te za chwilę piekły z większą intensywnością, przypominając o przymusie szukania szczęścia w świecie.

Oszalała z rozpaczy Rebeka wstała o północy i jadła garście ziemi z ogrodu z samobójczą żarłocznością, płacząc z bólu i wściekłości, żując młode dżdżownice i raniąc sobie dziąsła skorupkami ślimaków. Wymiotowała aż do wschodu słońca. Pogrążona w stanie gorączkowej prostacji, straciła przytomność, a serce jej otworzyło się w bezwstydnym szale.3

Historia Macondo z każdą stroną chyli się ku upadkowi wedle biblijnego porządku – od Księgi Rodzaju aż do Apokalipsy, której wizję końca świata rozpracowują tęgie umysły. Mieścina od samego początku skazana była na unicestwienie, a każdy ludzki gest tylko przyspieszał bezwzględna machinę, jaką jest los. Melquíades, zaprzyjaźniony Cygan, wiedział o tym i spisywał całą historię na swoich pergaminach, uprzednio ją szyfrując. Jedyną osobą trzymającą w ryzach dom i poniekąd całą rzeczywistość była Urszula, która zwykła mawiać, że świat kręci się w kółko, zauważając przy tym echa przeszłości w teraźniejszości. I ona przeszła na drugą stronę lustra; od tej pory mogła jedynie pojawiać się i krążyć po ruinach ukochanego miejsca jako zjawa.

Wtedy dopiero odkrył, że (…) Francis Drake napadł na miasto Riohacha tylko po to, żeby oni mogli szukać się wzajemnie po najbardziej zawiłych labiryntach krwi, aż do spłodzenia mitologicznego zwierzęcia, które miało położyć kres rodowi.4

Samotność może mieć wiele odcieni. José Arcadio Buendía w swoich szaleńczych marzeniach gubi granicę pomiędzy światem rzeczywistym i wyimaginowanym, Amaranta do śmierci pozostaje dziewicą, Urszula zmaga się z samotnością w ciemności ślepoty, a Meme, nie wypowiedziawszy ani słowa, umiera w jakimś przytułku w Krakowie; najbardziej jednak rozczulił mnie los Mauricia Babilonii. Gdy pytałam samą siebie, dlaczego, zrozumiałam, że on podzielił los rodu Buendía, choć nie był na to skazany więzami krwi.

Tego samego wieczora kula jednego ze strażników ugodziła Mauricia Babilonię w chwili, gdy podnosił dachówki, żeby dostać się do łazienki, gdzie oczekiwała go Meme, naga i drżąca z miłości, pośród skorpionów i motyli, tak jak co wieczór przez dwa ostatnie miesiące. Kula, która ugrzęzła w kręgosłupie, przykuła go do łóżka na resztę życia. Umarł po długich latach cierpienia, w samotności, bez jednej skargi, bez protestu, bez najmniejszych prób buntu; dręczony przez wspomnienia i żółte motyle, które nie dały mu chwili spokoju, i publicznie potępiony jako złodziej kur.5

Gabriel García Márquez roztoczył przed moimi oczyma krainę mlekiem i miodem płynącą, w której możliwe jest dosłownie wszystko. Magia, jaka ulatnia się z każdego przedmiotu, na zawsze pozostanie na mojej skórze niczym zapach Pięknej Remedios, doprowadzający do szału mężczyzn, ginących w zwierzęcym szale, z bursztynowym płynem wyciekającym z pomiędzy odłamków roztrzaskanej czaszki.

Gdyby Márquez był Bogiem, „Sto lat samotności” traktowałabym jak Biblię.

_
Gabriel García Márquez, laureat Literackiej Nagrody Nobla z 1982 roku.
_
1Gabriel García Márquez, „Sto lat samotności”, Warszawskie Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2001, s. 29
2tamże, s. 24
3tamże, s. 76
4tamże, s. 437
5tamże, s. 309

About these ads