“Good night, Dżerzi” – Janusz Głowacki / chętni na babranie się w mrokach duszy? książka do wygrania

by Joanna Waliszewska

Jeżeli napisać, że od ostatniej przeczytanej strony chodzę jak w transie, będzie to i tak za mało. Albo że chciałabym zacząć ją jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, czytać od lewej do prawej, od prawej do lewej, od środka do końca. Ale to nic nie da, trzeba tam wejść samodzielnie, na własnej skórze przekonać się, że

człowiek to jest taki stwór, który sam się prosi o nieszczęście i ze wszystkich sił ciągnie właśnie do rzeczy, których się najbardziej boi.1

Zapytana przez kogokolwiek, kim był Jerzy Kosiński, chwyciłabym ciekawego jegomościa za rękę i pobiegła z nim do księgarni, żeby szybko zdjął z półki „Good night, Dżerzi” i nie wychodził z łóżka (albo czegokolwiek, w czym zanurza się na czas lektury), dopóki nie zobaczy ostatniej kropki, wieszczącej koniec książki i początek pytań.

Wyobraź sobie, że siedzisz operatorowi kamery na ramionach – z tej właśnie perspektywy widzisz historię Jurka Levinkopf – Kosińskiego, autora „Malowanego ptaka”, czarnowłosego żydowskiego chłopca, który gra wiele ról, na każdą okazję inną. Kadry filmowe przeplatają się z opowieścią o samym narratorze, Głowackim, usiłującym napisać scenariusz filmu. Oglądasz ulice Nowego Jorku, siedzisz przy stoliku z widokiem na ciemność, a za chwilę patrzysz przez palce na Dżerziego, który wprowadza Maszę, rosyjską emigrantkę, do sado-masochistycznego półświatka, wręcz – podziemia, niszcząc jej życie, małżeństwo, ją samą. Albo Judy – miała wszystko do czasu, gdy poznała Dżerziego i noc, bo

noc to noc, ma swoje prawa i w niej się spełnia i mord, i rzeź, i zdrada, i spółkowanie delikatnej królowej elfów z osłem, który ma, jak każdy głupi wie, najdłuższy ze zwierząt członek. I wszyscy się tamtej nocy letniej wymieniają kobietami albo mężczyznami na ślepo i do syta.2

Ale patrzysz, bo prosisz się o nieszczęście.

Patrzę chciwie, nie waham się przed przewróceniem kolejnej strony, aby przewędrować przez ceremonię rozdania Oscarów, kolejne kluby, aby w końcu dotrzeć do przygotowań samobójstwa. Wczytuję się w skradziony pamiętnik Maszy, choć wiem, że nie powinnam; a w głowie nawija mi się długi sznurek pytań. Czy w każdym człowieku istnieje potrzeba wielkiej mistyfikacji, misternego ułożenia przeszłości i odgrywania odrażających etiud? Gdzie jest granica, po przestąpieniu której zaczynam wierzyć w życie toczące się w mojej głowie?

Z genialnej (tak, nie waham się ani milisekundy przed użyciem tego słowa, choć jaką ono ma wartość w moich ustach) powieści Janusza Głowackiego słychać wołanie mężczyzny głodnego miłości i bliskości, może akceptacji. A jednak przez trzewia przebiega mi podstępna myśl, że chyba słychać głos diabła wcielonego albo upiornego młodopolskiego echa; czym innym wytłumaczyć, że nikt nie przechodził obok niego obojętny? Można było kochać go lub nienawidzić. Wszystko jedno, i tak nikt nie był już tym samym człowiekiem.

(…) przypadek to tylko bat, którym przeznaczenie pogania to, co nieuchronne, do przodu.3

A może najzwyczajniej w świecie Dżerzi miał odwagę, której brakuje nam samym, by żyć życiem wielu,  bawić się w Boga i w końcu tchnąć życie we własne eskapistyczne stworzenie?

 

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Świata Książki.
Premiera “Good night, Dżerzi” 10 listopada.


Jeśli chcesz być jej naprawdę szczęśliwym posiadaczem, wystarczy wyrazić chęć udziału w losowaniu w treści komentarza.

Zgłoszenia do północy dnia 10 listopada, losowanie 11 listopada.

Strona internetowa książki “Good night, Dżerzi”

Aż Wam zazdroszczę.

___
1Janusz Głowacki, “Good night, Dżerzi”, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 267
2Ibidem, s. 214
3Ibidem, s. 19