“Klaudyna w Paryżu” – Sidonie-Gabrielle Colette
Czasami podczas lektury ma się ochotę zrobić żart autorowi, zagrać mu na nosie i wyrwać swoją czytelniczą dłoń z jego pisarskiej wszechwładnej łapy. I tak, można zupełnie zlekceważyć głównego bohatera, jego ogniste perypetie, wszystkie okrągłe i pękate frazy, którymi raczy nas przez kilkaset stron, i zainteresować się wszystkim innym, niby mniej ważnym. Zachować się jak smarkacz, który, wystrojony w niedzielny mundurek, zamiast na obiad do szanownej cioci zdecydowanie bardziej woli poobserwować życie mrówek toczące się przy pękniętej płycie chodnikowej. Czasami po prostu tak jest i koniec.
Mandarynkowe lody. Potężny nieprzepastny fotel. Meble oślepiające swoja bielą. Odbijające najmniejszy promień światła ściany. Zwichrzone włosy, niesfornie zawijające się przy uchu i odstające nad wychudzonym karkiem. Zaróżowione policzki. Obszerne i ponure podwórze. Herbaciane róże. Abażur rzęs.

To absurd - najczęstsza wymówka, zwalniająca od chwili namysły i jakiejkolwiek refleksji. W jednym słowie zawiera się wszystko, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, przyswoić, spróbować oswoić myślami. Rewelacje dnia codziennego, niesamowite wydarzenia, kolorowe błahostki. Wszystko, gdy się postarać, jest absurdem.