książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę

swoje życie mnożysz razy tysiąc

“Klaudyna w Paryżu” – Sidonie-Gabrielle Colette

Czasami podczas lektury ma się ochotę zrobić żart autorowi, zagrać mu na nosie i wyrwać swoją czytelniczą dłoń z jego pisarskiej wszechwładnej łapy. I tak, można zupełnie zlekceważyć głównego bohatera, jego ogniste perypetie, wszystkie okrągłe i pękate frazy, którymi raczy nas przez kilkaset stron, i zainteresować się wszystkim innym, niby mniej ważnym. Zachować się jak smarkacz, który, wystrojony w niedzielny mundurek, zamiast na obiad do szanownej cioci zdecydowanie bardziej woli poobserwować życie mrówek toczące się przy pękniętej płycie chodnikowej. Czasami po prostu tak jest i koniec.

Mandarynkowe lody. Potężny nieprzepastny fotel. Meble oślepiające swoja bielą. Odbijające najmniejszy promień światła ściany. Zwichrzone włosy, niesfornie zawijające się przy uchu i odstające nad wychudzonym karkiem. Zaróżowione policzki. Obszerne i ponure podwórze. Herbaciane róże. Abażur rzęs.

Więcej… 

“Absurdut” – Marek Lechowicz

To absurd - najczęstsza wymówka, zwalniająca od chwili namysły i jakiejkolwiek refleksji. W jednym słowie zawiera się wszystko, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, przyswoić, spróbować oswoić myślami. Rewelacje dnia codziennego, niesamowite wydarzenia, kolorowe błahostki. Wszystko, gdy się postarać, jest absurdem.

Absurdut.  Surdut uszyty z absurdu, można go nosić dzień w dzień. Albo absurd-drut, niekoniecznie prosty, ale i nie powyginany. Trochę taki, trochę taki. Absurdalny surdut włożyli na siebie Zygfryd Baldachim i Symplicjusz Wszędorówny. Ciągną czytelnika za sobą po nierównych terenach kolorowych rzeczywistości. Oczywiście, absurdalnych. To słowo-klucz, otwierające wszystkie drzwi w lekturze. Bardziej światli powiedzą, że to nowoczesny i absurdalny epos, podróż potomków Odyseusza. Ten ścierał się z cyklopem, syrenami, a Zygfryd i Symplicjusz, z imionami zahaczonymi w podniosłej przeszłości, wędrują po innych światach, światach równoległych do naszego. A może wystarczy podejść do Absurdutu jak do bajki i nie pławić się w absurdalnych teoriach.

Dla każdego coś miłego – odnajdą się w tej lekturze miłośnicy malarstwa, muzyki, słowa, ciszy. Różne sposoby zgłębienia tajemnicy Macierzy Kosmosu. Wszystko przyprawione obrazami pędzla Teresy Adamowskiej, cieszy chociażby swoją formą – niecodzienną, może absurdalną, na pewno albumową.

Byłby z Absurdutu ciekawy spektakl. Ciekawe, jak człowiek teatru spojrzałby na tekst, opatrzył didaskaliami, wystawił na scenie historię nadającą się do roli współczesnej mitologii. Okazuje się bowiem, że wszelkie absurdy to nie absurdy, tylko wydarzenia z równoległych światów, do których nie zawsze otwierają nam się furtki i okna – trzeba czasem popatrzeć przez dziurę w ścianie. Albo pomyśleć, jak te drzwi otworzyć, żeby nasycić wreszcie oczy.

“Wbrew naturze” – antologia

Starość lubi pokazywać się znienacka, niepostrzeżenie przestawiać puszki z herbatą, by na to miejsce postawić pojemnik z karmą dla zwierząt. Powiesi klucze na innym haczyku, nie pozwoli znaleźć kartki z zapisanym na niej, bardzo ważnym, numerem telefonu. Jest taka obca, wręcz dzika i nieujarzmiona, pewnie dlatego, że nieznana. Nie ma sposobu, by ją lepiej poznać. Trzeba czekać, aż sama się zjawi.

Autorzy antologii Wbrew naturze sięgnęli kolejny raz po trudny temat. Jak bywa to w przypadku zbioru opowiadań, bywają fragmenty lepsze i gorsze, ciekawsze i nudniejsze, ale tutaj liczy się całość, tworząca jedną próbę poznania pani S. Starość nie jest dziś atrakcyjna – wizualnie czy też sama w sobie. Zepchnięta na margines, pozostawiona na pastwę losu, mści się za upokorzenia i zapomnienie na swoich podopiecznych.

To, co zasługuje na chwilę uwagi, zawiera się osobno w każdym opowiadaniu. Starość ma w nich różne twarze – czasami pomarszczone, innym razem nienadgryzione zębem czasu, ale z czarnymi dziurami w myślach i pamięci. Dużo tu prób pogodzenia się z własnym przemijaniem i zmienianiem się, przeistaczaniem w innego wręcz człowieka.  Każdy wysiłek zatrzymania machiny doprowadza do jakiejś małej tragedii – chociażby koszmaru niepogodzenia się z losem.

Można wpatrywać się w nieruchomą grdykę staruszka, płatać figle niczym dziecko (ot, choćby zamienić tabliczki z numerem tramwaju – będzie zabawnie). A za moment, pewnej chłodnej zimy, obudzić się z przerażającym uczuciem, ze dobiega się pięćdziesiątki, co przy gładkich i nienaturalnie dziecinnych twarzach w gazetach jest już wyrokiem śmierci.

Dla mnie jednak najważniejsza jest gra słów i obrazu na okładce, gdy widzę, że wbrew naturze można wbić coś w brew. Wspaniałe.

Książę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AMEA.  

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.