“Przedśmiertny neuroleptyk” – Kamil Czepiel
Dla zaznajomionych z terminologią farmaceutyczną Przedśmiertny neuroleptyk mógł być przewodnikiem po lekach uspokajających, psychotropowych w obliczu zbliżającej się śmierci. Debiutancki zbiór opowiadań mógłby służyć i temu – uspokoić, oswoić przedśmiertnie. Nietrudno zauważyć, że śmierć to leitmotiv niewielkiego objętościowo tomu.
Grunt dla twórczości autora – zacny, ponieważ, jak sam przyznaje, ideałem są dla niego Mickiewiczowskie Dziady. Z ulgą trzeba przyznać, że (prawdopodobnie) nie aspiruje do podobnej pozycji, bo Przedśmiertny neuroleptyk, mimo klasycznych korzeni, wyrasta w zupełnie inną stronę. Obrany kurs to zdecydowanie pogranicza fantastyki.
Wbrew pozorom opowiadanie jest wymagającą formą – trzeba nie lada odwagi przy wykreślaniu i przekształcaniu zdań, by relatywnie krótki tekst nie stał się nieudolną wariacją na temat. I ten punkt autor może ewentualnie odhaczyć zielonym długopisem, bo jak na debiut – całkiem przyzwoicie. W opowiadanych historiach widać pomysł, przemyślaną fabułę. Mimo tego coś nie pozwala całości ruszyć z impetem do przodu, porwać czytelnika. Momentami niezgrabne sformułowania, przyciężkawy język utrudniają skupienie się na treści. Przesunięta wskazówka zegara sugerowała, ze minęło dwadzieścia minut, a ja czułam się, jak gdybym wpadła w czarną dziurę i męczyła się co najmniej godzinę.
Nie wiedzieć czemu, całość nie przypomina zbioru opowiadań. Jest jak podane czytelnikowi curriculum vitae, rubryka: zainteresowania. Trudno po pierwszej broszurze mówić o kimś jako pisarzu, twórcy. Nie wiadomo, czy czekać na kolejne publikacje, mając jednocześnie nadzieję, że będą lepsze. Na ten moment nie wyróżnia się z potoku debiutanckich i niedebiutanckich książek zalewających księgarnie z uporem maniaka.

