“Łuk triumfalny” – Erich Maria Remarque
Normalne życie to paradoks. Czy można tylko egzystować, bez żadnych emocji, jak zwierzę, gdy dla rodaków jest się uciekinierem, a tubylców kolejnym emigrantem? W głowie brzmi echo przeszłych tortur, w nocnych koszmarach twarz oprawcy wydaje się zbyt realna.
To moje pierwsze spotkanie z Twórczością Remarque’a. Dotychczas poznawałam go cząsteczkami, małymi kęsami, szukając znośnych cytatów przy okazjach różnej maści. I tak opatrzone już przez parszywe opisy komunikatorów “Nikt nie wydaje się bardziej obcy niż ktoś, kogo się kiedyś kochało” okazało się być dzieckiem Remarque’a.
Doktor Ravic, a tak naprawdę Fresenburg, bo nazwisko to rzecz względna, wiedzie niespokojne życie prawej ręki nieudolnego oszusta, chirurga Duranta. Nie ma paszportu, wizy, dokumentów – czai się jak szczur, uważając, by funkcjonariusze policji nie dowiedzieli się o jego sytuacji politycznej. Zresztą, większość mieszkańców Hotelu International przebywa we Francji nielegalnie, wypatrując lepszych czasów. Zamiast nich nadchodzi Hitler, faszyści, obozy koncentracyjne.
Dni w Paryżu płyną stałym rytmem, wyznaczanym przez kolejne operacje, kieliszki calvadosu, rozgrywane partie szachów z Morozowem i wizyty w “Ozyrysie”. Mówiąc dokładniej, ekskluzywnym burdelu – tutaj każda panna musiała zostać zbadana przez lekarza. Wszystko zmienia się, gdy na drodze Ravica staje Joanna. A kilka miesiecy później Haake, bezwzględny oprawca. Czyżby doskonała okazja do zemsty?
Z pewnością jestem pod wrażeniem. Tak ogromnym, że trudno mi to wyartykułować. To dotychczas najpiękniejsza książka o miłości, jaką przyszło mi przeczytać. Ileż rzeczy oddałabym, by mnie, romantycznej duszy, sączono takie słowa w mgliste, paryskie noce, rozświetlane jasnym blaskiem księżyca! Dziś w nocy, nie mogąc zasnąć, spacerowałam z Joanną i Ravikiem. Czułam się, jakby niektóre słowa kierowane były do mnie; to chyba dlatego, że bohaterka jest moją imienniczką, a to sprzyja personalnemu obiorowi treści.
Tragiczni kochankowie. Trochę jak w antycznym dramacie, bo każda decyzja będzie po prostu mniejszym złem, a bogowie i tak wymierzyli karę, fatum już wisi. Odmienność charakterów, która pod osłoną nocy dziwnie zbliżała ich samotne ciała, dusze, pozwalała przetrwać kilka godzin ciemności. Ludzie poranieni, zgubieni, kochali się tak bardzo, że nie potrafili ze sobą wytrzymać. W dzikich czasach zabiła ich dzika miłość.

A oto i słynny calvados, który popijał Ravic wraz z Morozowem. Jedna z niewielu uciech życia.
