“Droga ślepców” – Marek Dryjer

Motyw drogi zdaje się zaprzątać głowy wielu – w końcu to takie ludzkie, po prostu iść. Dam sobie obciąć głowę, choć ją lubię, że rzadko zwraca się uwagę na tę czynność; najzwyczajniej w świecie prostuje się nogi i… w drogę.
Co innego, gdy powietrze ciężkie od unoszącego się wszędzie popiołu utrudnia oddychanie, nie ma nawet gdzie sięgnąć wzrokiem, bo wszystko spowite jest w ciemnościach. Można jedynie wypatrywać obiektów znajdujących się na wyciągnięcie ręki. Przejmujący chłód, wymuszający otulenie się grubym kocem, szukanie pożywienia, aby przetrwać. Absolutny kryzys cywilizacji. Tam, gdzie wcześniej było życie, rozciąga się niebyt. A w zasadzie przerażający byt, uległy destrukcji.
Wszystko to można i pewnie znieść po ludzku, cierpliwie, gdyby nie fakt, że wciąż trzeba chować się i uciekać przed amatorami ludzkiego mięsa. W taki świat wrzucony został mały chłopiec, wzięty w opiekę przez nieznajomą rodzinę, z której bez śladu znikają kobieta i dzieci. Będąc sam na sam z zupełnie obcym mężczyzną, wspomina ojca i ideały, które mu wpoił; czasami jego myśl dotknie ledwie zapamiętanej matki.
Trudno pisać o akcji toczącej się w powieści, bo odwołanie do motywu drogi , eksploatowanego w literaturze już od antyku, uniemożliwia mi to całkiem zgrabnie. Podczas podroży pociągiem nie udaje mi się przeskakiwać od stacji do stacji w przypadkowej kolejności, dlatego tutaj, choć mogę, nie zrobię tego, bo bohaterowie żyją na kartach powieści realnym życiem, walcząc o każdą chwilę. Oczywiście nie jest tak, że wciąż tylko idą, węszą, czają się zza drzewa i niespokojnie śpią. Wyjaśnienie zagłady ludzkości w końcu nadchodzi, ale pominę je milczeniem, by nikomu nie zepsuć wieczoru z książką.
Poetyka tej powieści ma korzenie w wielu gatunkach – dopatrzyłabym się fantasy, przygodowej, delikatnej nutki kryminału, historii z morałem. Podczas zagłębiania się w mroczny świat pióra debiutanta zauważyłam, że sposób pisania, redagowania zdań przypomina mi nieco styl Mankella – krótkie, wręcz urywane zdania. Z jednej strony energia i ekspresja płynąca z unikania jakiegokolwiek rozciągnięcia myśli w słowach oddaje sytuację, jaką wykreował autor. Z drugiej jednak odczuwałam po pewnym czasie zmęczenie, wypowiedzenia niczym wystrzeliwane z karabinu nigdy mnie nie zachwycały, zwłaszcza stosowane w nadmiarze. To, co budziło mój lekki grymas, to dialogi. Fakt, nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, ale bohaterowie powieści nie rozmawiali – oni jedynie komunikowali się, momentami całkiem sztucznie.
Nie miałam okazji czytać Drogi McCarthy’ego, dlatego nie mam sposobności wyrażać się na temat ewentualnych plagiatów, inspiracji, ich sensu i jakiejkolwiek przydatności. Z pewnością warto sięgnąć po książkę, bo każde zamieszanie wzbudza jeszcze większe zainteresowanie.
W mojej naturze leży dzielenie włosa na czworo, dlatego, mając na uwadze wizerunek autora, mały zarzut w kierunku wydawcy – tylna część okładki i opis książki to karta przetargowa. Kupię, nie kupię, przeczytam, nie przeczytam? Błędy interpunkcyjne czy brak wielkiej litery wynikają na pewno z nieuwagi, ale nadal tam są. Ale prawdopodobnie tylko ja jestem taka czepialska.
Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości autora – Marka Dryjera.
_____
Dryjer Marek, Droga ślepców, Wydawnictwo Radwan, Tolkmicko 2010.

