książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę

swoje życie mnożysz razy tysiąc

Tag: fantastyka

“Przedśmiertny neuroleptyk” – Kamil Czepiel

Dla zaznajomionych z terminologią farmaceutyczną Przedśmiertny neuroleptyk mógł być przewodnikiem po lekach uspokajających, psychotropowych w obliczu zbliżającej się śmierci. Debiutancki zbiór opowiadań mógłby służyć i temu – uspokoić, oswoić przedśmiertnie. Nietrudno zauważyć, że śmierć to leitmotiv niewielkiego objętościowo tomu.

Grunt dla twórczości autora – zacny, ponieważ, jak sam przyznaje, ideałem są dla niego Mickiewiczowskie Dziady. Z ulgą trzeba przyznać, że (prawdopodobnie) nie aspiruje do podobnej pozycji, bo Przedśmiertny neuroleptyk, mimo klasycznych korzeni, wyrasta w zupełnie inną stronę. Obrany kurs to zdecydowanie pogranicza fantastyki.

Wbrew pozorom opowiadanie jest wymagającą formą – trzeba nie lada odwagi przy wykreślaniu i przekształcaniu zdań, by relatywnie krótki tekst nie stał się nieudolną wariacją na temat. I ten punkt autor może ewentualnie odhaczyć zielonym długopisem, bo jak na debiut – całkiem przyzwoicie. W opowiadanych historiach widać pomysł, przemyślaną fabułę. Mimo tego coś nie pozwala całości ruszyć z impetem do przodu, porwać czytelnika. Momentami niezgrabne sformułowania, przyciężkawy język utrudniają skupienie się na treści. Przesunięta wskazówka zegara sugerowała, ze minęło dwadzieścia minut, a ja czułam się, jak gdybym wpadła w czarną dziurę i męczyła się co najmniej godzinę.

Nie wiedzieć czemu, całość nie przypomina zbioru opowiadań. Jest jak podane czytelnikowi curriculum vitae, rubryka: zainteresowania. Trudno po pierwszej broszurze mówić o kimś jako pisarzu, twórcy. Nie wiadomo, czy czekać na kolejne publikacje, mając jednocześnie nadzieję, że będą lepsze. Na ten moment nie wyróżnia się z potoku debiutanckich i niedebiutanckich książek zalewających księgarnie z uporem maniaka.

“Dżozef” – Jakub Małecki

Nie lubię fantastyki – pomyślałam, czytając opis Dżozefa na okładce. Specjalne miejsce od lat ma na mojej półce, dosłownie i w przenośni, trylogia Tolkiena, rozbudzająca dziecięcą ówcześnie wyobraźnię. Wszystkie inne pozycje, nieszczęśliwie dla nich, porównywane z Władcą Pierścieni skazane zostały przeze mnie na status pariasa, kiedy przechadzając się wzdłuż półek, ignorowałam dział fantastyka. Ale wspaniała szata graficzna, bo nie mam na myśli tylko obwoluty, ale i rzadko spotykane zdobienia stron, sprawiły, że zaczęłam czytać. I czytać. I czytać. I nie mogłam się już oderwać.

Trochę się obawiałam, że dostanę papkę à la Wojna polsko-ruska…, będę ślęczeć nad niezrozumiałym dla mnie pastiszem albo zapisem mowy blokersów (do dzisiaj zastanawiam się, czym ona jest), ale po dwóch, trzech stronach moje lęki odeszły. Zaczęłam schodzić po schodach realnego świata w głąb czegoś, co wykreował autor. I skłamałabym, gdybym napisała, że nie było to fascynujące.

Grzesio – dwudziestotrzyletni absolwent szkoły zawodowej, mieszkaniec warszawskiej Pragi – na skutek nieprzewidzianego ataku na swój kruchy nos znalazł się w szpitalu.  Tamtejszy pobyt byłby zapewne jednym z wielu, okraszony odwiedzinami rodziny, chomikowaniem smakołyków, których oficjalnie nie wolno spożywać, gdyby nie obecność Kurza i Czwartego. Czwarty, czyli Stanisław. Stanisław, czyli człowiek skrywający przerażającą tajemnicę, uchodzącą z niego w najmniej spodziewanym momencie; tajemnicę, żądającą utrwalenia na kartach, spisania jej. Od tej pory historia toczy się dwutorowo, w świecie wskrzeszanym ze wspomnień i tym szpitalnym. Coś jednak sprawia, że zaczynają się nieuchronnie splatać i nie wiadomo, co jest historią, a co rzeczywistością. Klaustrofobiczny wymiar przywoływanej opowieści i samej osobowości Stanisława przekłada się nieuchronnie na szpitalny pobyt.

Jakub Małecki z godną podziwu zręcznością przechodzi od stylu potocznego po wysublimowaną opowieść. Nie sposób nie parsknąć śmiechem, kiedy patrzy się na przyjaciela żyjącego od sanrajsu do sanrajsu, ze łzami w oczach tarmoszącego zalaminowany bilet z ostatniej imprezy. Trudno jednak też powstrzymać się od głębokiego współczucia, kiedy poznaje się historię starszego mężczyzny, toczącego nierówną walkę przez całe życie.

Nie jest to jednak zwykła historia o dwóch różnych światach i ich przedstawicielach, Grzesiu i Stanisławie, nie. Jednoznaczne odwołanie się do twórczości Josepha Conrada naprowadza nas na jedno z wielu możliwych odczytań; przez cały czas spędzony na lekturze zastanawiałam się, że szpitalny sąsiad to po prostu Kurz czy jakaś luźna dygresja w stronę Kurtza z Jądra ciemności. Dżozef naprowadza czytelnika na drogę głębszej refleksji nad koniecznością poznania samego siebie. Wewnętrzny imperatyw zgłębienia swojego ja zaczął uwidaczniać się od czasów wyroczni delfickiej z nieśmiertelnym nosce te ipsum, trwając po dziś dzień. To także zalążek dyskusji o czytaniu – czy istnieją historie, które są w stanie wpłynąć na materialny świat i ludzie skłonni podjąć takie ryzyko? Czy jest sens wkraczania na niepewny teren zderzających się rzeczywistości, gdy okazuje się, że te wymyślone istnieją naprawdę?

___

Małecki Jakub, Dżozef, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.