“Heban” – Ryszard Kapuściński

Pulsujący, czarny ląd. Morze rozgrzanej do czerwoności ziemi, której nie sposób objąć wzrokiem. Dudnienie, przeszywające atłas ciemnej nocy. Wzrok słonia, który już nie jest szorstkim, nieporadnym zwierzęciem, tylko cielesną siedzibą dla duchów przodków. I widziałam to wszystko. Nie – przeczytałam, a później wyobrażałam sobie, jak to jest spać w łóżku oblepionym karaluchami, z prześcieradłem mokrym od dusznego powietrza. Po prostu byłam obok i patrzyłam z niedowierzaniem.
Prawdą jest, że myślimy stereotypowo. Na hasło “Afryka” jak jeden mąż rozczulamy się wspomnieniem wychudzonych dzieci lub, zależnie od doświadczeń, wspominamy ciepły urlop w pięciogwiazdkowym hotelu i wycieczkę na wielbłądzim grzbiecie. Wielu myśli, że te 950 milionów istnień, zamieszkujących czarny ląd, wystarczy wrzucić do worka z napisem “Afrykanie”. Sama nie byłam świadoma, że tak nie wolno. Każde plemię ma odmienne wierzenia i zwyczaje – Tuaregowie grzebią zmarłych na pustyni, by nigdy tam nie wrócić; Bantu wierzą zaś, że łączy ich szczególna więź ze zmarłymi, dlatego ich ciała chowają pod podłogą chaty, w której właśnie mieszkają.
Jakże odmienny świat pokazał mi Ryszard Kapuściński! Magiczny, gdzie czas to rzecz względna, nikt nigdzie się nie spieszy – bo i po co? Autobus odjeżdża, gdy jest pełny, nie – o określonej godzinie. Nie zapomnę jednak o wszechobecnej biedzie, doświadczającej człowieka już od maleńkości. Dzieci zmuszone są brać udział w krwawych wojnach, zatem biegają z bronią w ręku. Najbardziej boli mnie, że nasze wysyłanie pożywienia, ubrań, pieniędzy i przyborów szkolnych mało daje. Bo Afryka nie jest uboga. Po prostu jest złamana, na jej obliczu widnieje rysa, ogromna szczelina. Po jednej stronie są bogaci, którzy obalając Białych, sami zagarnęli całe bogactwo. Gdzieś, w piaszczystym piekle płaczą ich bracia. Z głodu, pragnienia. Wciąż marzą, że ktoś przeciwstawi się rabunkowi paczek, które im wysyłamy.

Wielki Las (…) jest monumentalny, jego drzewa mają trzydzieści, pięćdziesiąt i więcej metrów wysokości, są gigantyczne, idealnie proste, stoją luźno, zachowując wobec siebie wyraźny dystans, wyrastają z ziemi właściwie bez poszycia. I teraz, wjeżdżając w Wielki Las, pomiędzy te niebotyczne sekwoje, mahonie, sapele i iroka, mam uczucie, jakbym wchodził w progi wielkiej katedry, przeciskał się do wnętrza egipskiej piramidy czy stanął wśród drapaczy chmur Piątej Alei.*

Chciałabym zobaczyć Afrykę. Afrykę.

- – - – - -
* Ryszard Kapuściński, “Heban”, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2003, s. 282