“Lot nad kukułczym gniazdem” – Ken Kesey

Byli trochę jak dzieci – zagubieni, słabi, wystraszeni światem, który wciąż czegoś od nich chciał. Nie było ich winą, że nie potrafili zapanować nad mimowolnym oddawaniem moczu czy wymykającym się z bezwładnych ust “Pppierrdoolę żooonę!”. W szpitalu psychiatrycznym każdy z nich czuł się jak w domu – zniewolony, ale bezpieczny, bo na siłę wtłoczony do machiny wszechwładnego Kombinatu. Podzieleni na trzy grupy – Okresowych, Chroników i Roślin – spędzali lata na grze w oczko lub siedzeniu na wózku inwalidzkim i sikaniu po nogawkach.
Aż pewnego dnia porządek zatomizowanego Wszechświata burzy Randle Patrick McMurphy – szuler, dziwkarz, zabijaka, który, usiłując uniknąć wyroku, udaje wariata. W swoich podkutych blachą butach chodzi po oddziale, śpiewa piosenki, wesoło krzyczy, a jego śmiech odbija się echem od śnieżnobiałych fartuchów personelu i ścian. Dopiero on uświadamia pacjentom, że ucieleśnienie miłosierdzia i dobroci, siostra Ratched, gnębi ich z radością godną rasowego sadysty. Wywołuje poczucie winy, podaje otumaniające dawki leków, skasuje na żywot rośliny.
McMurphy bawi się przednio, dopóki wariat piastujący stanowisko ratownika na basenie nie uświadamia mu, że wszyscy pacjenci są tutaj zamknięci z własnej, nieprzymuszonej woli, a jedynym sposobem wydostania się na wolność jest łaska Wielkiej Oddziałowej.
Od tej pory Randle stawia sobie za cel złamać siostrę Ratched, by jej porcelanowa twarzyczka lalki pękła i ukazała prawdziwe oblicze. Jak tego dokonać, by nie trafić na drugie piętro, zarezerwowane dla furiatów, na wspomnienie którego wszystkim cierpnie skóra na grzbiecie?

Przywiązują cię do stołu zabiegowego, jak na ironię losu akurat w kształcie krzyża, a zamiast korony cierniowej oplata ci głowę pierścień iskier elektrycznych, kiedy technicy przykładają ci do skroni elektrody. Dawka prądu za pięć centów przepływa ci przez mózg i jest to za jednym zamachem zabieg leczniczy, jak również kara za twoje agresywne i wyzywające zachowanie, a ponadto na okres od sześciu godzin do trzech dni, zależnie od odporności twojego organizmu, mają cię absolutnie z głowy. Nawet po odzyskaniu przytomności jeszcze przez wiele dni chodzisz zupełnie otępiały. Nie możesz jasno myśleć. Masz luki w pamięci. Po długiej kuracji elektrowstrząsowej możesz skończyć jak Ellis, którego widzisz tam przy ścianie. W wieku trzydziestu pięciu lat jest śliniącym się, moczącym portki idiotą.

Opowieść snuta przez pozornie głuchoniemego, dwumetrowego Indianina, Wodza Szczotę Bromdena, wymusza współczucie. Nad każdym wariatem każe pochylić się ze ściśniętym sercem – nie po to, by płakać, ale wejść, skrępować sadystyczny personel i dać życie ofiarom bezlitosnego reżimu, wymysłu kilku osób.
Dramatem, o którym wciąż nie mogę przestać myśleć, jest jednak los, jaki spotkał najnormalniejszego z nich – McMurphy’ego, który dał im wolność i szczery, głośny śmiech zamiast nerwowego chichotu tłumionego po kątach.