książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę

swoje życie mnożysz razy tysiąc

Tag: lessing

trochę książek, trochę prywaty

Z nieba leje się żar, prawdziwy. Czuję się, jakbym przeżywała jakieś współczesne i modernistyczne zesłanie ducha, bo języki ognia nie dają żyć. Polska Hiszpania, polska Afryka, polska Polska zaskakuje. W tym okropnym (dla mnie) upale przypomniałam sobie o przewertowanych z uwagą książkach.

Biografia kojarzy się z zakurzonym opasłym tomiszczem na najwyższej półce bibliotecznej. Ta niepociągająca przypomina ciąg matematyczny z niemających początku ani końca różnic, których nie trzeba obliczać. Biograf Virginii Woolf przy jej nazwisku zapisał zapewne 1882 – 1941. A ona sama utarła nosa wszystkim wkoło, bo spisała dzieje psa, rasowego spaniela, wabiącego się Flush. Właścicielką uroczego czworonoga była dziewiętnastowieczna poetka – Elizabeth Barret. Ta mała objętościowo książeczka 1 w wybornej szacie edytorskiej (wstążeczka!) tylko na pierwszy rzut oka zdaje się skupiać na krótkim życiu włochatej istoty. W tle toczy się prawdziwe życie, pełne namiętności, dramatów i małych radości. Lekka i zabawna historia inteligentnego (sic!) psa rozgrywa się w rozwijającym skrzydła Londynie, kojarzącym się z wilgotnymi chodnikami. Ale musiało być to zwierzę po stokroć wyjatkowe, skoro na jego cześć spod pióra samej Virginii Woolf wyszło małe dzieło, z przypisami na końcu książki włącznie.

Dla młodego człowieka XXI wieku, który nie wyobraża sobie, że jeszcze niespełna dwadzieścia lat temu chcąc sprawdzić znaczenie terminu “kwas deoksyrybonukleinowy” nie mówiło się “Wpiszę to w google”, zwiedzanie Londynu oznacza zrobienie sobie zdjęcia w czerwonym autobusie, obowiązkową pielgrzymkę szlakiem Brompton Road, by nacieszyć oko luksusem Harrodsa oraz gwóźdź programu: Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Bo tylko tam można spotkać Beatlesów w komplecie. Może gdyby wprowadzić lekturę naprawdę cienkiej książeczki, z ogromną czcionką i grubymi marginesami (pewnie na notatki osobiste), o nieco malarskim tytule “Widoki Londynu”,2 długie ogonki obcokrajowców pełzałyby w innych kierunkach? Virginia Woolf świetnie sprawdziła się jako przewodnik po ukochanym mieście. Snuje opowieści z przeszłości, dodaje ducha zimnym murom i rozważa piękno przemijania nad kryptami w katedrze świętego Pawła.

Przyszło mi się gorzko rozczarować, samoubiczować. Po godzinach ochów i achów, decyzji o adopcji, Doris Lessing zawiodła mnie. Tak, mnie, czytelnika kochającego ją całym swoim sercem. Moja myśl wędruje ku “Podróży Bena”.3 Bohater ma lat osiemnaście, wygląda na trzydzieści pięć; jest człowiekiem, a przypomina owłosione yeti. Całe życie spędza uczepiony myśli, by ktoś go w końcu zaakcpetował i pomógł znaleźć osobników podobnych jemu samemu. Wciąż spotyka ludzi, którzy albo skutecznie chcą mu przeszkodzić, albo wręcz przeciwnie – poświęcają się, pomagają, nie wiedząc, dlaczego. Absurd goni absurd, podróż czlowieka bez grosza przy duszy do Rio nie stanowi żadnego problemu. Problemem jest jednak, dla mnie, brak pomysłu na fabułę. Ben wygląda jak liść unoszony na wietrze to tu, to tam. Nie znalazlam w tej książce normalności, problemów bliskich szaremu człowiekowi, chirurgicznej precyzji w rozczłonkowywaniu myśli i uczuć – czyli tego, co przyciągnęło mnie do prozy Lessing. Tym razem mialam ochotę powiedzieć “Opowiedz mi inną bajkę”.

Panie, panowie, a oto i on, Eduardo Mendoza w mojej torbie, na półce, pod poduszką i pod papierami leżącymi na biurku, zeby podczas przerwy przeczytać chociaż stronę. Ale tak, żeby nikt nie widział! Wydawnictwo Znak chyba za bardzo poczuło ducha absurdu i wprawiło mnie w niemałe zamieszanie, kiedy próbowałam ustalić, w jakiej kolejności mam czytać przygody lumpendetektywa. Nie bylam przekonana do tej serii… “Sekret hiszpańskiej pensjonarki”4 zaczynałam z myślą, że to pewnie zwyczajna powieść na upalne dni. A tu taka niespodzianka! Nierozgarnięty i uroczy pacjent szpitala psychiatrycznego o niepowtarzalnym talencie do komplikowania nawet najprostszych spraw podbił moje serce! Podczas lektury śmiałam się jak glupi do sera, co dziwiło mnie podwójnie – jeszcze żadna książka nie doprowadzila mnie do takiego stanu. Historia zniknięcia uczennicy z pilnie strzeżonej katolickiej szkoły jest początkiem zwariowanych przygód a’la Monthy Pyton. Przywoławszy w pamięci zwierzenie staruszka, który nie skonsumował malżeństwa przez 30 lat, lecz okładał żonę paskiem (ona jego żelazkiem po głowie), by zagłuszyć diabelskie pokusy cielesne, wciąż rechoczę pod nosem. I nie tylko wtedy. Eduardo Mendoza stworzył absurdalną historię, do której warto wracać – w ramach ćwiczeń nad żartem.

Na koniec trochę prywaty. Tylko trochę. Od października będzie mnie mniej, ale raz na tydzień chyba dam radę. Na pewno. Zaczynam (drugi raz) studia, w stolicy Pyrlandii. W przybytku Collegium Maius będę chadzać korytarzami jako studentka filologii słowiańskiej i filologii polskiej z językiem rosyjskim. Za jakiś czas będę mogła przeczytać Dostojewskiego w oryginale, co to będzie za uczta…

_

1Virginia Woolf, “Flush: biografia”, tłum. Maria Ryć, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009
2Virginia Woolf, “Widoki Londynu”, tłum. Maja Lavergne, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009
3Doris Lessing, “Podróż Bena”, tłum. Anna Gren, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007
4Eduardo Mendoza, “Sekret hiszpańskiej pensjonarki”, tłum. Marzena Chrobak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009

“Złoty notes” – Doris Lessing

Nic nie poradzę na to, że widząc na półce w bibliotece lub księgarni grzbiet z nadrukowanym napisem Doris Lessing, nie waham się ani chwili i znikam na długi czas, zanurzam się w biel ośmiuset stron. Staruszka (chyba nie obraziłaby się za te słowa?), która patrzy z małego czarno-białego zdjęcia zamieszczonego na wewnętrznej stronie okładki, mogłaby być moją babcią – tą nieznaną. Duchowa adopcja na odległość. Każda książka jest dla mnie jak przycupnięcie przy jej kolanach i łapczywe spijanie słów z warg, wnikanie w historie, które mnie ominęły. Nawet, jeśli są wyssane z palca (pewnie kciuka).

Złoty notes okrzyknięto najważniejszym dziełem Lessing. Nie wiem, czy to prawda, bo lista jej dzieł jest imponująca, a tłumaczenie na język polski odbywa się ślamazarnie, dlatego postanawiam wcale nie wielkopostnie, że kiedyś ustosunkuję się do tej tezy. Z jednym mogę nie zgodzić się już teraz – ten, kto traktuje tę pozycję jako biblię feministek, postępuje niesłusznie, bo jest w niej nieprzebrane bogactwo.

Książka jest podzielona na kilka części – powieść Kobiety wolne, przedstawiającą losy pisarki Anny Wulf i jej znajomych zamieszkujących Anglię w latach 50. ubiegłego wieku oraz Notesy, w których opisuje ona swoje życie. W czarnym wspomina lata spędzone w Afryce, czerwony to świadek przygody z polityką, komunizmem i rozczarowania nim, żółty jest próbą stworzenia kolejnej powieści, a niebieski zostaje powiernikiem osobistych przemyśleń i uczuć. Pod koniec w tęczę notesów wpleciony jest ten najważniejszy, istny diament, czyli tytułowy złoty. To w nim Anna próbuje odzyskać siebie, poskładać to, co rozsypało się pod wpływem patologicznego związku z amerykańskim pisarzem Michaelem i zagrożenia chorobą psychiczną.

Początkowo trudno wgryźć się w ciasne zdania, ale z każdą stroną nie są one już bezładną plątaniną wspomnień, a wspaniałym labiryntem, którego nie trzeba się bać – może wynika to z nadziei na wyjście? Wydaje się, że tasowanie teraźniejszości z czterema notesami z nie zawsze chronologicznie spisanymi wspomnieniami jest bez sensu, bo wprowadza zamęt. Na dodatek Anna strofuje samą siebie za najmniejszą dygresję nie na miejscu, zauważając, że to nie miejsce na TE rozważania, one mają miejsce w INNYM notesie. Im bardziej stara się rozdzielić swoje życie i przyporządkować je do stosownych kolorów notatników, tym większego rozbicia doświadcza, zamiast upragnionej harmonii. Obijająca się w głowie Afryka, skomplikowane relacje z mężczyznami, rozczarowanie wyznawanym dotychczas światopoglądem doprowadzają ją na skraj załamania.

I wtedy mnie olśniło, bo po prostu zrozumiałam, że nie wolno nam oddzielać każdej sfery życia, zdejmować jej z siebie i jak ubrania układać w szafce. Człowiek to jedno: dusza zespolona z ciałem, wspomnienia, przeżycia, które nawzajem się przenikają. Doświadczenia zawarte w notesach zazębiają się i odnajdują odbicie w powieści tworzonej przez Annę; fikcja natomiast znajduje ujście w rzeczywistości, kreując ją i odwrotnie. To Anna miała napisać powieść zatytułowaną Kobiety wolne, zaczynającą się od słów

Dwie kobiety – same w londyńskim mieszkaniu 1,

a tak rozpoczyna się dzieło… Doris Lessing.

Pisarka znowu znalazła klucz do mnie. Z wirtuozerią nakreśliła portrety bohaterów, którzy dotknięci czubkiem jej pióra, ożyli; tchnienie życia zrodziło z płaskich opisów ludzi z krwi i kości, łamiących granicę papierowego świata. Czuję, że jest to książka do wielokrotnego czytania – już teraz oznajmiam wszem wobec i każdemu z osobna, że sięgnę po nią za 5, 10, 15 i 20 lat, a wtedy moja przybrana babcia znowu opowie mi coś niesamowitego.

_
Doris Lessing, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2007 roku.
_
1 Doris Lessing, “Złoty notes”, tłum. Bohdan Maliborski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2009, s. 33

“Trawa śpiewa” – Doris Lessing

Było już czarno na zewnątrz (w końcu północ minęła dawno), kiedy skończyłam czytać “Trawa śpiewa”. I pierwsza myśl, która urodziła mi się w głowie zaraz po opuszczeniu Ngesi w Południowej Afryce to Chcę więcej Lessing!

Sam początek powieści to rzecz niewesoła – na werandzie domu znaleziono ciało Mary Turner, żony tamtejszego farmera. Do morderstwa przyznaje się Murzyn Moses, ich służący. Śledztwo wskazuje, że zbrodnię popełniono najprawdopodobniej ze względu na kosztowności.

Jeśli ktoś oczekuje zagadki w stylu Sherlocka Holmesa, gorzko się rozczaruje – bo pierwszy rozdział wyjaśnia wszystkie okoliczności zabójstwa, znamy ofiarę i kata. Jedynie świadomość, że wszystko dzieje się w kontrastowym czarno – białym i ubogo – bogatym środowisku, nie pozwala przyjąć za pewnik, że chodziło o biżuterię. Że zabił dla błyskotek.

Doris Lessing zastosowała kompozycję klamrową; spięła początek i koniec, zakrzywiła czasoprzestrzeń, wrzucając czytelnika do tajemniczego środka. Oglądamy życie Mary od samego dzieciństwa – ojciec alkoholik, zrzędliwa matka osaczająca córkę, wybrawszy ją wcześniej na podporę i powierniczkę cierpienia. Jedynym ratunkiem okazuje się ucieczka do miasta, szkoły z internatem, gdzie dziewczyna zaczyna zupełnie nowe życie. Po śmierci rodziców rozwija swe skrzydła z jeszcze większą siłą. Staje się kobietą z odpowiednim wykształceniem, pracą. Żyje sama, ale nie samotnie, jednak ludzie wkoło szepczą – dlaczego ona nie ma jeszcze męża? Koleżanki chichoczą pod nosem, że Mary nie jest taka, czegoś jej brak. Konwenanse pchają Mary w ramiona pechowego Dicka Turnera, pułapkę małżeństwa z rozsądku. Przeprowadza się na wieś, z której przed laty uciekła i nieświadoma początku końca, powoli rozpada się psychicznie…

“Trawa śpiewa” nie jest przepełniona wartką akcją, wręcz przeciwnie – słowa są gęste jak upalne powietrze ubogiej chaty, w której pełna buntu Mary roztrząsa porażkę małżeństwa. Roi się tutaj od wspaniałych krajobrazów, portretów  psychologicznych bohaterów i społeczeństwa. Pisarka z precyzją psychoanalityka opisuje najmniejszą zmianę świadomości, która pod wpływem piekielnie gorącego słońca daje się modelować w palcach niczym plastelina. Towarzyszy temu cały zestaw uczuć  żywionych przez czytelnika względem Mary – od szczerego współczucia nieuchronnej klęski życiowej po intensywną nienawiść, którą sama obdarowywała miejscowych czarnuchów. Relacje między obcymi dla siebie małżonkami są tak napięte, że wystarczy jedna zbłąkana iskra i wszystko wybucha z impetem.

Burzę z piorunami nosi w sercu Dick – pragnął łagodnej, ciepłej żony, z którą miał pracować na farmie, rozwijać pechowy interes. Tymczasem ślubna nie kryje rozczarowania skromnymi warunkami, małą chatą, istnym piekłem na ziemi. Jego flegmatyczna natura przeradza się w zszargane nerwy i wybuchy złości.

Nie jest inaczej i mniej złośliwie, gdy Mary wychodzi na zewnątrz i widzi czarnych pracowników najemnych. Coś każe zatrzymać się i pomyśleć – a może to społeczeństwo narzuciło tę nieskrywaną nienawiść, wstręt i niechęć do miękkich i obwisłych piersi kobiet, muskularnych i spoconych ciał mężczyzn? W końcu to otoczenie włożyło jej do głowy, że

biały człowiek ma prawo patrzeć na krajowca, który w hierarchii stworzeń stoi w jego pojęciu niewiele wyżej niż pies.1

Skrajnie dziwna jest relacja stojącej już na skraju obłędu Mary i służącego Mosesa. Trzymają się nawzajem na smyczy nienawiści, strachu, bólu, a z drugiej strony dziwnej czułości (?), która roztkliwia serce. Nie na długo – bo w końcu staje się jasne, że współistnienie dwóch innych światów na jednej afrykańskiej ziemi nie ma prawa bytu.

_
Doris Lessing, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2007 roku.
_
1 Doris Lessing, “Trawa śpiewa”, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 166

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.