“Łaskawe” – Jonathan Littel

Stało się. Zarzekałam się, że każdą książkę doczytam do końca, choćbym cierpiała średniowieczne katusze z tego powodu. Potwierdza się przekonanie, żeby po przeskoczeniu sprawdzić, w co się wdepnęło, zanim powie się “hop”.
Zapowiadało się ciekawie – fikcyjne zeznania byłego oficera SS, doktora Maximiliana Aue. Mężczyzny, który pragnął być kobietą i realizował się seksualnie z młodymi chłopcami. Ukrywającego grzeszną miłość do siostry bliźniaczki. Aue można nazwać estetą – patrząc na rzeź Żydów, przypomina sobie dzieła Platona i zaczyna nad nimi rozmyślać; w przerwach między opisem egzekucji zauważa detale architektury miasta. Przede wszystkim były oficer SS nie odczuwa skruchy, sięgając pamięcią wstecz, do czasów wojny. Dziś zajmuje się przemysłem koronczarskim i chce napisać, co przeżył. Papier jest cierpliwy.
Ktoś napisał, że jest to diabelska ksiażka. Zgadzam się – argumenty podawane przez meżczyznę są trudne do obalenia, w pewnym momencie rodzi się w głowie niebezpieczna myśl – a jeśli on ma rację? Może rzeczywiście naziści nie robili niczego złego, a wykonywali polecenia, li i jedynie? Działali w imię wyższych wartości?
Podziwiam benedyktyńską pracę Jonathana Littela, deszcz nagród, jaki posypał się na jego głowę – ale w pewnym momencie robi się nudno. Nie widziałam żadnej ukrytej, wręcz kryminalnej intrygi. Przeczytawszy 250 stron, nie mam siły czekać, czy coś się zmieni do 1034. Być może nie dorosłam do tej lektury?