“Lektor” – Bernhard Schlink
Czyżby próby rozliczenia się z wojenną przeszłością były zadrą w sercu populacji niemieckiej? Być może. Wielu próbuje postawić wreszcie na kartce papieru wynik równania, które jednoznacznie pokaże, co było dobre, a co złe.
Schlink stawia trudne pytania i romans piętnastolatka z dojrzałą kobietą czyniąc za tło rozważań, nie ułatwia czytelnikowi poszukiwań, dających spokój i wytchnienie raz na zawsze. Zmarłym i żyjącym, analfabetom i piśmiennym. Schmitz była strażniczką w obozie i to wszystko komplikuje. Jej niebieskie sukienki i fascynująca twarz są teraz zgniłą śliwką z robakiem pod pestką.
Czuję się zagoniona w kąt, jakby za karę. Obserwowałam Hannę i jej jędrne ciało, włosy upięte w kok, ale oczyma Michaela, zdając sobie sprawę z pożądania i miłości, jaką do niej żywił. Rozumiem, że podczas procesu nie chciała się zdemaskować i skompromitować. Nie umiem jej zgłębić i jednoznacznie potępić. Ale czy nie narażam się na gniew etyków, jeśli powiem, że polubiłam kobietę, dla której analfabetyzm jest straszliwszy niż śmierć niewinnych w Auschwitz i wszystkich komorach gazowych? Skąd mam wiedzieć, co rodziło się w jej głowie, gdy kazała więźniarkom czytać książki na głos, każdego wieczora?
Przypomina mi się “Łaskawe”. Littel też usiłował zmącić mój pozornie niezachwiany zbiór wartości i zasad moralnych, skrzętnie poukładanych, jednym pytaniem – czy kat wykonujący rozkaz jest winny? Przecież nie czuł do nikogo nienawiści. On tylko pracował. W przeciwnym razie osądźmy zwrotniczego. To on posłał kilometry wagonów na śmierć.
