książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę

swoje życie mnożysz razy tysiąc

Tag: poznań

“Kwiat Kalafiora” i “Ida sierpniowa” – Małgorzata Musierowicz

Przy głowie zajętej zżerającym mózg stresem, spowodowanym takimi błahostkami, jak rekrutacja na studia (nie rozumiem, dlaczego ja się tak przejmuję…), najłatwiej przychodzi czytać coś odprężającego, porównywalnego do wielkiego ciasta z kremem czekoladowym. Stan zbliżony do konsumpcji tego smakołyku zapewnia mi lektura Jeżycjady – poziom endorfin wzrasta w mgnieniu oka!
Kilka dni temu przerwałam poznawanie Stefana Zweiga, który, nota bene, ma genialne opowiadania (o tym kiedy indziej), by wprosić się na chleb z dżemem do Borejków. Tym razem dane mi było śmiać się z Gabrieli, która ponoć przypomina kalafiora – bezkształtna, jałowa – i Idy, chudej jak szkapa, z burzą miedzianych loków, nazywanej przez braci Lisieckich rudym kościotrupem.
Kwiat kalafiora” skupia się na osobie Gabrieli. Pokazuje nam uczennicę liceum, namiętną sportsmenkę, mającą w nosie zaloty Janusza Pyziaka, strojenie się w suknie przerobione z firan. Ale to ona wpada na pomysł, aby utworzyć grupę ESD – Eksperymentalny Sygnał Dobra – i notować, ile uśmiechów wróci jak bumerang. Oczywiście ogromną zasługę odgrywa sąsiadka, namiętnie podsłuchująca mieszkanie Borejków.
Ida sierpniowa” to część poświecona, rzecz jasna, Idzie, która sama postanowiła wrócić ze smętnego Czaplinka do Poznania. By nie umrzeć z głodu, sprzedaje kiczowate serduszka, następnie znajduje pracę jako dama do towarzystwa… Intelektualna dama do towarzystwa starszego pana. Przy okazji ratuje dwójkę nieznośnych chłopaczków i odnajduje w sobie pięknego łabędzia.
Po przeczytaniu każdej z części mam wrażenie, jakbym wysłuchała przed chwilą relacji dawno niewidzianej koleżanki. Każde zdanie rodzi w mojej głowie dokładny obraz rzeczywistości – mieszkania, ubioru, wyglądu, smaku potrawy. Wszystko jest takie sielskie, anielskie; mimo smutków i kłopotów ma się pewność, że będzie dobrze.
Rodzina Borejków jest mi bliska ze względu na zainteresowania – oni także spędzali czas na lekturze książek, wieczory mijały na słuchaniu opowieści. Ida uosabia zaś zakompleksione dziewczęta, nieświadome swojego uroku i wdzięku. To pierwiastek utożsamienia się z bohaterem wydziela magiczny fluid, przyciągający coraz wyraźniej, silniej do kolejnej części.

“Kłamczucha” – Małgorzata Musierowicz

Do czego zdolna jest zakochana nastolatka? Do jedzenia słonych śledzi i unikania napojów, wystawania pod oknem ukochanego i szpiegowania go z lornetką przy oczach? Aniela Kowalik, tytułowa Kłamczucha, przeprowadziła się z rodzinnej Łeby aż do Poznania, w ślad za ukochanym Pawełkiem. Choć obecnością lubego rozkoszować mogła się tylko przez godzinę, wiedziała już, że przyszłość należy do nich. Aby ponownie zdobyć serce chłopaka, dziarsko ruszyła w gumiakach do Wielkopolski. Tam, u kuzyna ojca – stryja Mamerta, ciotki Tosi i małych Mamerciątek, Anielka knuła zacną intrygę. I tak, szlifując kunszt aktorski, stała się Franciszką Wyrobek, panienką na posługach w domu ukochanego.
To, co podoba mi się niezmiernie w książkach Małgorzaty Musierowicz, to pokazywanie bohaterów innych części z punktu widzenia obecnego – poczciwa Cesia z “Szóstej klepki” w oczach Anieli jawiła się wredną dziewuchą z zielonymi oczyma.  Zadziwiające, że mimo wielu wad Anieli, jej egocentryzmu, przerostu mniemania o samej sobie, ustawicznych kłamstw nie sposób nie darzyć jej sympatią! Jednak, mimo pozytywnych uczuć w stosunku do Anielki, niech przesłaniem tej pozycji będzie, jakże wyświechtane, “Kłamstwo nie popłaca”… Prawda jak oliwa, na wierzch wypłynie.

“Szósta klepka” – Małgorzata Musierowicz

Są książki, do których instynktownie powracam, przynajmniej dwa razy. Postanowiłam, że w te wakacje jeszcze raz przeczytam całą Jeżycjadę, jako lekki i przyjemny przerywnik.
Niewątpliwą zaletą całej serii jest akcja, tocząca się w prawdziwym i realnym miejscu, jakim jest Poznań. W Wielkopolskiem nie brakuje zapaleńców podróżujących po mieście z książkami w siatkach, fotografujących kamienice zamieszkane przez bohaterów, w których Małgorzata Musierowicz tchnęła życie. Jej historie bawią i uczą nie tylko dzieci i młodzież, ale rodziców, dziadków…
Cykl otwiera “Szósta klepka”. Cały czas zastanawiam się, do czego nawiazuje tytuł – czyżby ktoś skarżył się na jej (klepki) brak? A może znowu uciekł mi jakiś szczegół? Jeśli ktoś zna odpowiedź, jest zobowiązany do natychmiastowego ulżenia mi w mękach.
Opowieść snuta jest z punktu widzenia uczennicy poznańskiego liceum, Cesi – w dokumentach Celestyny, w domu pieszczotliwie zwanej Cieleciną. Nie dziwię się ani trochę, że nasze dziewczę wpadało we frustrację  - trudno żyć w ciągłym przekonaniu o swojej brzydocie, niedoskonałości, a co najgorsze , cieniu idealnej siostry.
Cesia przypomina mi męczennika za wiarę – to na jej barkach spoczywa sprzątanie, zmywanie potężnych niczym Mont Blanc stosów naczyń, w końcu wyciągnięcie ze szkolnych tarapatów wiecznie zamyślonej dziedziczki poetów polskich, Danusi, którą, nota bene, miałam ochotę wziąć za klapy płaszcza i wystawić za okno. A gdzie znaleźć czas na zakochanie, randki, seanse filmowe z ukochanym, skoro rodzina Żaków wciąż wpada w nowe kłopoty?
“Szósta klepka” to lektura – gumka; wymazuje wszystkie chmury z nieba i odsłania piękne słońce. Nie sposób nie roześmiać się, widząc oczyma wyobraźni pisanki wielkanocne z portretem Hitlera autorstwa uroczego Bobcia, zaloty Julii Żak przy kręceniu maku, z którego wyzierają małe, niewinne zwłoki szarej myszy.

– Ja nie jestem głodny! – zawiadomił świat Bobcio, mrugając oczkami i wydymając różowe usteczka. – Zjem tylko trochę marchewki, w marchewce jest witamina M.
– A w kotlecie witamina K – powiedziała przebiegle ciocia Wiesia. Bobcio miał chysia na temat witamin, co należało inteligentnie wykorzystać.
– Co za mania jakaś – naigrywał się ojciec Cesi. – Czy kto widział kiedy witaminę?
– Ja widziałem! – ofuknął go Bobcio, srogo marszcząc jasne brewki. – Była zielona i łaziła po talerzu.
– Duża była, mniej więcej? – dopytywał się Żaczek, zachowując całkowitą powagę.
– O, taka – pokazał Bobcio. – Tu miała takie kropki. Wyglądała bardzo zdrowo.
– Nie może być.
– Powiedziała mi, że jak nie zjem sałaty, to nigdy nie zostanę strażakiem pożarnym.
– O Boże – powiedział Żaczek. – To byłoby tragiczne.
– Tragiczne – powtórzyło dziecko, lubując się nowym słowem. – Tragiczne, psiakrew.

I jak tu się nie uśmiechnąć?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.