książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę

swoje życie mnożysz razy tysiąc

Tag: proza polska

“Nie ma o czym mówić” – Marta Szarejko

Takich ludzi zazwyczaj omija się szerokim łukiem. Ze świecą szukać śmiałka, który bez przymusu, na własną odpowiedzialność, poświęci czas społecznym odszczepieńcom. Nikt nie chce słuchać Cyganki opowiadającej zagubione i pourywane sny, skarg pani Eugenii. Życie toczy się swoim zwyczajnym torem, każdy mknie chodnikiem, mocno po nim stąpając, a głową zahaczając o dachy kamienic albo chmury na niebie. Nie ma o czym mówić, przecież takich ludzi nie ma.

Choruje na zwyrodnienie mięśnia sercowego stwierdzono na podstawie karty zdrowia oraz badania lekarskiego z dnia i odczuwa brak powietrza1.

W książce Marty Szarejko, człowieka “Dużego Formatu”, też brakuje nieco powietrza. Historie opowiadane jednym tchem, nieskażone pauzą, której próżno szukać w jędrnych kropkach, otaczają ze wszystkich stron. Każda opowieść ma znamiona anonimowości, nie ma tutaj niczego, co pozwoliłoby na jakąkolwiek identyfikację. To znamię uniwersalności przekłada się na świat bohaterów – są wszędzie i nigdzie, a i sami o sobie nie mogą powiedzieć nic ponad to, co chcą ujawnić. Czasami sekrety szeptane do ucha [oka] czytelnika zawstydzają, żenują, bo jak to tak obcym opowiadać o intymnych sprawach.

Ludzie wyrzuceni poza margines społeczny są głównymi bohaterami Nie ma o czym mówić. Tworzą jedną wielka całość, oznaczoną wcześniej przez tych lepszych karteczką N.N., nie dotykać, nie patrzeć, nie słuchać. Mają okazję wyżalić się, opowiedzieć coś o sobie – żywy portret drugiego świata.

Powiem ci coś w tajemnicy, tylko nie mów nikomu, ja nie jestem w straży pożarnej (…)2.

Ten świat istnieje, tylko zepchnięto go na bok. I to nie tak, że kloszard, emeryt, głupiec, idiota, psychopata, chory psychicznie, zawszony, głodny, brudny. Nie jest istotne, jak i dlaczego, przez kogo. Ważne, że jest i każdy może wpisać swoją skarg w Księdze zażaleń.

I tak nie ma o czym mówić.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AMEA.

__
1M. Szarejko, Nie ma o czym mówić, Liszki 2010, s. 84.
2Ibidem, s. 54.

“Droga ślepców” – Marek Dryjer

Motyw drogi zdaje się zaprzątać głowy wielu – w końcu to takie ludzkie, po prostu iść. Dam sobie obciąć głowę, choć ją lubię, że rzadko zwraca się uwagę na tę czynność; najzwyczajniej w świecie prostuje się nogi i… w drogę.

Co innego, gdy powietrze ciężkie od unoszącego się wszędzie popiołu utrudnia oddychanie, nie ma nawet gdzie sięgnąć wzrokiem, bo wszystko spowite jest w ciemnościach. Można jedynie wypatrywać obiektów znajdujących się na wyciągnięcie ręki. Przejmujący chłód, wymuszający otulenie się grubym kocem, szukanie pożywienia, aby przetrwać. Absolutny kryzys cywilizacji. Tam, gdzie wcześniej było życie, rozciąga się niebyt. A w zasadzie przerażający byt, uległy destrukcji.

Wszystko to można i pewnie znieść po ludzku, cierpliwie, gdyby nie fakt, że wciąż trzeba chować się i uciekać przed amatorami ludzkiego mięsa. W taki świat wrzucony został mały chłopiec, wzięty w opiekę przez nieznajomą rodzinę, z której bez śladu znikają kobieta i dzieci. Będąc sam na sam z zupełnie obcym mężczyzną, wspomina ojca i ideały, które mu wpoił; czasami jego myśl dotknie ledwie zapamiętanej matki.

Trudno pisać o akcji toczącej się w powieści, bo odwołanie do motywu drogi , eksploatowanego w literaturze już od antyku, uniemożliwia mi to całkiem zgrabnie. Podczas podroży pociągiem nie udaje mi się przeskakiwać od stacji do stacji w przypadkowej kolejności, dlatego  tutaj, choć mogę, nie zrobię tego, bo bohaterowie żyją na kartach powieści realnym życiem, walcząc o każdą chwilę. Oczywiście nie jest tak, że wciąż tylko idą, węszą, czają się zza drzewa i niespokojnie śpią. Wyjaśnienie zagłady ludzkości w końcu nadchodzi, ale pominę je milczeniem, by nikomu nie zepsuć wieczoru z książką.

Poetyka tej powieści ma korzenie w wielu gatunkach – dopatrzyłabym się fantasy, przygodowej, delikatnej nutki kryminału, historii z morałem. Podczas zagłębiania się w mroczny świat pióra debiutanta zauważyłam, że sposób pisania, redagowania zdań przypomina mi nieco styl Mankella – krótkie, wręcz urywane zdania. Z jednej strony energia i ekspresja płynąca z unikania jakiegokolwiek rozciągnięcia myśli w słowach oddaje sytuację, jaką wykreował autor. Z drugiej jednak odczuwałam po pewnym czasie zmęczenie, wypowiedzenia niczym wystrzeliwane z karabinu nigdy mnie nie zachwycały, zwłaszcza stosowane w nadmiarze. To, co budziło mój lekki grymas, to dialogi. Fakt, nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, ale bohaterowie powieści nie rozmawiali – oni jedynie komunikowali się, momentami całkiem sztucznie.

Nie miałam okazji czytać Drogi McCarthy’ego, dlatego nie mam sposobności wyrażać się na temat ewentualnych plagiatów, inspiracji, ich sensu i jakiejkolwiek przydatności. Z pewnością warto sięgnąć po książkę, bo każde zamieszanie wzbudza jeszcze większe zainteresowanie.

W mojej naturze leży dzielenie włosa na czworo, dlatego, mając na uwadze wizerunek autora, mały zarzut w kierunku wydawcy – tylna część okładki i opis książki to karta przetargowa. Kupię, nie kupię, przeczytam, nie przeczytam? Błędy interpunkcyjne czy brak wielkiej litery wynikają na pewno z nieuwagi, ale nadal tam są. Ale prawdopodobnie tylko ja jestem taka czepialska.

 

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości autora – Marka Dryjera.

_____

Dryjer Marek, Droga ślepców, Wydawnictwo Radwan, Tolkmicko 2010.

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.