książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę

swoje życie mnożysz razy tysiąc

Tag: rasizm

“Trawa śpiewa” – Doris Lessing

Było już czarno na zewnątrz (w końcu północ minęła dawno), kiedy skończyłam czytać “Trawa śpiewa”. I pierwsza myśl, która urodziła mi się w głowie zaraz po opuszczeniu Ngesi w Południowej Afryce to Chcę więcej Lessing!

Sam początek powieści to rzecz niewesoła – na werandzie domu znaleziono ciało Mary Turner, żony tamtejszego farmera. Do morderstwa przyznaje się Murzyn Moses, ich służący. Śledztwo wskazuje, że zbrodnię popełniono najprawdopodobniej ze względu na kosztowności.

Jeśli ktoś oczekuje zagadki w stylu Sherlocka Holmesa, gorzko się rozczaruje – bo pierwszy rozdział wyjaśnia wszystkie okoliczności zabójstwa, znamy ofiarę i kata. Jedynie świadomość, że wszystko dzieje się w kontrastowym czarno – białym i ubogo – bogatym środowisku, nie pozwala przyjąć za pewnik, że chodziło o biżuterię. Że zabił dla błyskotek.

Doris Lessing zastosowała kompozycję klamrową; spięła początek i koniec, zakrzywiła czasoprzestrzeń, wrzucając czytelnika do tajemniczego środka. Oglądamy życie Mary od samego dzieciństwa – ojciec alkoholik, zrzędliwa matka osaczająca córkę, wybrawszy ją wcześniej na podporę i powierniczkę cierpienia. Jedynym ratunkiem okazuje się ucieczka do miasta, szkoły z internatem, gdzie dziewczyna zaczyna zupełnie nowe życie. Po śmierci rodziców rozwija swe skrzydła z jeszcze większą siłą. Staje się kobietą z odpowiednim wykształceniem, pracą. Żyje sama, ale nie samotnie, jednak ludzie wkoło szepczą – dlaczego ona nie ma jeszcze męża? Koleżanki chichoczą pod nosem, że Mary nie jest taka, czegoś jej brak. Konwenanse pchają Mary w ramiona pechowego Dicka Turnera, pułapkę małżeństwa z rozsądku. Przeprowadza się na wieś, z której przed laty uciekła i nieświadoma początku końca, powoli rozpada się psychicznie…

“Trawa śpiewa” nie jest przepełniona wartką akcją, wręcz przeciwnie – słowa są gęste jak upalne powietrze ubogiej chaty, w której pełna buntu Mary roztrząsa porażkę małżeństwa. Roi się tutaj od wspaniałych krajobrazów, portretów  psychologicznych bohaterów i społeczeństwa. Pisarka z precyzją psychoanalityka opisuje najmniejszą zmianę świadomości, która pod wpływem piekielnie gorącego słońca daje się modelować w palcach niczym plastelina. Towarzyszy temu cały zestaw uczuć  żywionych przez czytelnika względem Mary – od szczerego współczucia nieuchronnej klęski życiowej po intensywną nienawiść, którą sama obdarowywała miejscowych czarnuchów. Relacje między obcymi dla siebie małżonkami są tak napięte, że wystarczy jedna zbłąkana iskra i wszystko wybucha z impetem.

Burzę z piorunami nosi w sercu Dick – pragnął łagodnej, ciepłej żony, z którą miał pracować na farmie, rozwijać pechowy interes. Tymczasem ślubna nie kryje rozczarowania skromnymi warunkami, małą chatą, istnym piekłem na ziemi. Jego flegmatyczna natura przeradza się w zszargane nerwy i wybuchy złości.

Nie jest inaczej i mniej złośliwie, gdy Mary wychodzi na zewnątrz i widzi czarnych pracowników najemnych. Coś każe zatrzymać się i pomyśleć – a może to społeczeństwo narzuciło tę nieskrywaną nienawiść, wstręt i niechęć do miękkich i obwisłych piersi kobiet, muskularnych i spoconych ciał mężczyzn? W końcu to otoczenie włożyło jej do głowy, że

biały człowiek ma prawo patrzeć na krajowca, który w hierarchii stworzeń stoi w jego pojęciu niewiele wyżej niż pies.1

Skrajnie dziwna jest relacja stojącej już na skraju obłędu Mary i służącego Mosesa. Trzymają się nawzajem na smyczy nienawiści, strachu, bólu, a z drugiej strony dziwnej czułości (?), która roztkliwia serce. Nie na długo – bo w końcu staje się jasne, że współistnienie dwóch innych światów na jednej afrykańskiej ziemi nie ma prawa bytu.

_
Doris Lessing, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2007 roku.
_
1 Doris Lessing, “Trawa śpiewa”, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 166

“Umiłowana” – Toni Morrison

Nazwę “lud nie mój” – ludem moim,
I “nie umiłowaną” – umiłowaną.
1

124 był nawiedzony. 124 był pełen krzyków. 124 był cichy. Dom w Cincinnati skrywał w swoich czterech ścianach czerwoną poświatę i złośliwego ducha – ludzie mówili, że to zgładzone przez matkę dziecko przybyło z zaświatów, by nie dać jej zapomnieć o upływie krwi, który otworzyła, przykładając piłę do małej pulchnej szyjki.

Sethe o pustych oczach uciekła osiem lat temu z Domowej Przystani, gospodarstwa państwa Garner, gdzie służyła swą pracą. Oprócz niej na farmie niewolnicze życie wiódł jej mąż i ojciec dzieci, Halle Suggs, Paul D, Paul A, Paul F i Szósty. Pan Garner nierzadko wdał się w bójkę i wracał do siebie posiniaczony i szczęśliwy, bo raz jeszcze dowiódł, co to znaczy być prawdziwym farmerem z Kentucky: to taki twardziel i spryciarz, że aż nazywa swoich czarnuchów mężczyznami.2 Gdy zmarł, a żona ciężko zachorowała, Domowa Przystań stała się niewolniczym więzieniem, rządzonym twardą ręką nauczyciela. Jego uczniowie zabrali Sethe błysk w oczach, a on sam tak długo biczował jej plecy, że ukazała się na nich wiśnia, dorodne drzewo i symbol hańby.

Sethe mieszka w 124 wraz z córką, Denver. Obydwie wciąż doświadczają straty – matkę opuścili synowie, wystraszeni aurą panującą w domu i nią samą, teściowa odeszła do krainy umarłych, a mąż zostawił jeszcze przed narodzinami ostatniego dziecka. Denver zaś ubolewa z powodu straty uczucia utraty – nie ma nikogo, za kim mogłaby tęsknić, a do upiorów przeszłości dręczących mamę nie ma wstępu. Aż pewnego dnia zjawia się i Paul D, i tajemnicza Umiłowana, przybyła z odmętów wody.

Powieść jest chronologiczną mozaiką. Aby zobaczyć, jaki wzór tworzą maleńkie kawałki, trzeba doczytać książkę aż do ostatniego słowa, końcowej kropki. Nie ma w niej jednoznacznych granic, przeszłość wymieszała się z teraźniejszością i na początku nic nie jest jasne. Zupełnie nie wiadomo, do jakiej tragedii doszło, dlaczego na plecach Sethe kwitnie wiśnia, czy Denver rzeczywiście straciła słuch… Z rozwojem akcji widzianej oczyma każdego z bohaterów poznajemy historię czarnoskórej niewolnicy, która z miłości do dzieci przekroczyła granicę życia i śmierci.

“Umiłowana” to nie tylko piękna i wstrząsająca opowieść o spustoszeniu, jakie sieje w duszy i ciele niewolnictwo, lecz także parabola ludu wzgardzonego; Afroamerykanów, siłą wyciągniętych z Czarnego Lądu i postawionych po stronie zwierząt.

_
Toni Morrison, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 1993 roku.
_
1Biblia Tysiąclecia, Rz 9,25
2Toni Morrison, “Umiłowana”, Świat Książki, Warszawa 1996, s. 19

“Kiedy umiera lato” – Winston Groom

Willie Croft to czterdziestoletni prawnik mieszkający od urodzenia w miasteczku Bienville w stanie Luizjana, na południu Stanów Zjednoczonych, wiodący monotonne i samotne życie. Jest rok 1959, w głowach czarnoskórych nieśmiało kwitną nadzieje na lepsze czasy. Większość ziemi należy do obrzydliwie bogatej rodziny Holtów, spadkobierców nieżyjącego już założyciela pierwszych osad. Próbne odwierty wykazują, że tamtejsze tereny obfitują w być może największe w Stanach złoża ropy naftowej. Okazuje się jednak, że nieżyjący Jonathan Holt II podarował część Kreolówki ubogiej murzyńskiej rodzinie, wiodącej tam od lat skromne życie. Czwórka zachłannego rodzeństwa Holtów nie cofnie się przed niczym, nawet morderstwem, aby pomnożyć zyski i jak najprędzej pozbyć się problematycznych mieszkańców. Willie Croft staje przed życiową szansą – jako przedstawiciel murzyńskich osadników ryzykuje nudnym, lecz pewnym życiem, by sięgnąć po długo skrywane marzenia.

Strony mijają w piorunującym tempie, jednak pozostaje niedosyt. Książkę wybrałam do wyzwania Amerykańskie południe, a przez ani ułamek sekundy nie poczułam tamtejszej atmosfery. Wszystko wydawało się mdłe, rozmyte, bezuczuciowe i bezpłciowe. To, co uderzyło mnie najbardziej, to dziwny kontrast językowy – senne opisy krajobrazów, jak gdyby obserwowane spod półprzymkniętych powiek, dziwnie spokojne wypowiedzi bohaterów w chwilach, gdy tracili dobytek życia i dodatkowo kilka sentencji przy okazji łowienia ryb – każda kobieta w końcu daje dupy, gdy inni nie patrzą. Zaiste, przy zbliżeniach kochanków autor chyba przytomniał, by za moment znowu rozpływać się nad kolejną szklanką bourbona.

Mimo wszystko “Kiedy umiera lato” pokazuje, że kolor skóry to tylko głupia wymówka, bez żadnej wartości, bo niezależnie od wyglądu wszyscy jesteśmy ludźmi. Każda segregacja jest krzywdząca i niesprawiedliwa; w jej świetle nieważne są czyny, lecz pochodzenie, a prawda staje się dziwnie subiektywna.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.