“7 razy dziś” – Lauren Oliver
Dzień świstaka wykorzystany do granic możliwości, jeszcze raz przeżuty, wypluty i sklejony w nowe-nienowe. Ale nie będę się krzywiła, bo byłam świadoma, że nie trzymam w dłoni książki, która ma mnie zaintrygować, zachwycić, zmusić do głębokiej refleksji. Niemniej, całkiem sympatyczne sobotnie przedpołudnie wyniknęło z lektury.
Coś szczególnego musi wisieć w amerykańskim powietrzu, że największym zmartwieniem życiowym nastolatek jest kończący się błyszczyk, szczytem wyboru – decyzja, czy iść na jakąś-tam-szaloną imprezę, a mikrospołeczeństwo w stołówce wygląda, jak gdyby wprowadzało w życie system kastowy. Oczywiście, najlepsze miejsce parkingowe przysługuje elicie. Do takiej należy Sam Kingston wraz ze swoimi przyjaciółkami.
Ale jednak dzieje się coś dziwnego, kiedy po dramatycznie zakończonym wieczorze okazuje się, że Sam przyszło kolejny raz przeżyć ten sam dzień. Wszystko jest takie samo – siostra pchająca się do łóżka, wieczorna impreza, Dzień Kupidyna, rywalizacja o popularność. Jedynie dziewczyna ma świadomość, że to już było, zdarzyło się wczoraj, mimo tego, że to dziś. Pośród myśli o pocałunkach z chłopakiem, szaleństwach z przyjaciółkami pojawia się maleńka wyrwa, w którą (wreszcie!) zaczynają się zakradać refleksje – a gdyby tak naprawić błędy popełnione wcześniej?
Nie przeczę, że lawirowanie między życiem a śmiercią jest osobliwym doznaniem, zwłaszcza, gdy coś się zacina i nie można definitywnie wybrać jednego miejsca. To jak jeść ciastko i ciągle mieć ciastko, aż do obrzydzenia. Skoro pojawia się szansa przeżywania dwudziestu czterech godzin przez siedem dni, warto je wykorzystać, aby zmienić choć maleńką rzecz – wystarczy jeden gest, słowo, kilka minut, aby wszystko przybrało zgoła odmienny kierunek. I tak, czytelnik spogląda, jak rozkapryszona księżniczka Sam zaczyna przechodzić, bądź co bądź, metamorfozę. Zaczyna dostrzegać, jak płytkie było wcześniej jej życie, a wybory – krzywdzące dla innych. Zwłaszcza to wysuwa się na przód: słowo. Jedno słowo ma nieprzeciętna moc, potrafi zniszczyć człowieka, spowodować, że przestanie istnieć.
Do 7 razy dziś mam ambiwalentny stosunek. Wiem, że to kultura popularna, amerykański sen, światowe życie, ale…
…nie zmienia to niestety faktu, że momentami czułam się, jak gdybym czytała kolejne wydanie jakiegoś pisma młodzieżowego, dział: porady i problemy, jak sprawić, aby zwrócił na mnie uwagę, dlaczego mam szesnaście lat i nigdy się nie całowałam. Już samo stwierdzenie międzynarodowy bestseller sprawia, że robię się podejrzliwa. Tak odrobinę.
Nie przepadam za książkowymi fast foodami. Ale dla nastolatek to zapewne niezły kąsek, powiew świeżości po wszelkich mrocznych wampirzych romansach. Przyznaję, że zakończenie nie rozczarowało, skłonna byłam chwilę podumać. Przy lecącym na łeb na szyję poziomie czytelnictwa lepsze 7 razy dziś niż nic.
____
Oliver Lauren, 7 razy dziś, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011.

Ta książka jest jak kroki. Ciche, pełne spokoju, niestukoczące bezładnie, ale naznaczone mądrością i refleksją. Rozlegają się jeszcze w mojej głowie; czuję, że są w miejscu, gdzie rodzi się życie i śmierć, myśl i wspomnienie, metafizyczny byt.
Byli trochę jak dzieci – zagubieni, słabi, wystraszeni światem, który wciąż czegoś od nich chciał. Nie było ich winą, że nie potrafili zapanować nad mimowolnym oddawaniem moczu czy wymykającym się z bezwładnych ust “Pppierrdoolę żooonę!”. W szpitalu psychiatrycznym każdy z nich czuł się jak w domu – zniewolony, ale bezpieczny, bo na siłę wtłoczony do machiny wszechwładnego Kombinatu. Podzieleni na trzy grupy – Okresowych, Chroników i Roślin – spędzali lata na grze w oczko lub siedzeniu na wózku inwalidzkim i sikaniu po nogawkach.