“Przypomnij sobie” – Elina Hirvonen
Wytrzymam ten dzień. Oto zapach rozgrzanej na słońcu psiej kupy i wilgotnej ziemi. Zgarbiona kobieta w śniegowcach z lat osiemdziesiątych i dziecko ubrane w ocieplane spodnie, które wysuwa język ku wąsom po lodach okalającym usta. Oto długie przedpołudnie, kiedy nie trzeba spoglądać na zegarek.¹
W zwyczajny, pachnący psią kupą dzień Anna nad “Godzinami” Michaela Cunninghama prowadziła mnie przez swoje życie. Już po wysłuchaniu kilku zdań płynących z jej ust wiedziałam, że trzeba będzie poszukać w torbie chusteczek – dla niej, a może dla mnie. I jeszcze to napomknięcie o Virginii Woolf, na której fotografię tak często zerkam i jej kieszenie pełne kamieni. Kieszenie, które zabrała ze sobą woda.
Kiedy się urodziłam, świat był już pełen Jonasza. Jonasz miał złociste włosy, dźwięczny głos (…). Jonasz grywał smutne piosenki na brązowym plastikowym flecie i godzinami przesiadywał z książką obrazkową na kolanach, nie przewracając ani strony, w milczeniu.²
Przez długi czas myślała, że Jonasz jest całym światem. Okazało się jednak, że chłopiec ze złocistymi włosami widział życie inaczej, głebiej i dobitniej. Wiedział, że w wypadku spowodowanym przez apodyktycznego ojca maczał palce być może nikt inny, a szatan, który szeptał do ucha “No, jedź szybciej”.
Jonasz, skatowana ofiara ojca trzęsącego całym domem i bezradna matką, trafia do szpitala psychiatrycznego. Miejsca, o którym mogą mówić tylko ci, którzy tam byli. Anna nie nosi na ciele siniaków i ran podarowanych przez ojca, bo wszystko głęboko siedzi w jej głowie. Wgryzło się tak mocno, że od tej pory zawsze na partnerów życiowych wybiera wykolejeńców – narkomanów, alkoholików, ofiary losu – aby tylko móc wziąć ich w ramiona i szeptać “Damy sobie radę. Damy sobie radę”. Tak, jak tuliła kiedyś Jonasza.
Po raz pierwszy zobaczyłam Iana trzy lata temu w sali wykładowej (…). Ian miał czterdzieści lat, ale wyglądał na starszego.
Miał chude ręce, na nadgarstkach rosły mu czarne włoski. Zapragnęłam poczuć, jakie są w dotyku.³
Kolejny człowiek, kolejna historia, wcale nie wesoła. Ojciec Iana po wojnie w Wietnamie popada w obłęd, a matka nie potrafi ułożyć sobie życia. On sam ucieka w świat książek przed złośliwym śmiechem szkolnych kolegów. Karmi swoją wyobraźnię niesłychanymi zakątkami świata, aby wieczorem przed zaśnięciem przywdziać skórę bohatera i uratować rodziców przed nieszczęściem. Po ataku na WTC przenosi się do Finlandii, z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia i prowadzi gościnnie seminarium poświęcone Virginii Woolf. Nie wiedzieć jak i kiedy, Anna nawiązuje z nim znajomość prowadzącą do romansu. Jednak relacja między nimi nie jest zwyczajna; wieczory spędzają na wyciąganiu z zakamarków pamięci małych obrazków i uzmysławianiu sobie, że bolesne wspomnienia spychali do pozornie niewidocznego miejsca.
Cała powieść, licząca zaledwie 180 stron, toczy się w ciągu kilku godzin, kiedy Anna przywołuje z pamięci utkane z pajęczej nici wspomnienia. Są kruche i delikatne, łatwo je uszkodzić. Tak naprawdę byłby to największy prezent dla każdego bohatera: wymazać mu pamięć gumką – myszką i dać coś do pisania, aby mógł żyć tak, jak chciał. Z nieukrywanym smutkiem przyznaję jednak, że tak się nie da.
Pozornie nieistotne wydarzenia z przeszłości są w nas, a my w nich. Nie sposób otrząsnąć się, wyrzucić je do kosza na śmieci; jedyne co pozostaje, to pogodzić się z tym, że nigdy nie możemy żyć tak, jak chcemy. Czy nam się to podoba, czy nie, ludzie zostawiają w nas tyle różnych atomów i cząsteczek, że powstaje nowe życie, zagradzające nam drogę do szczęścia. Czy to wielka polityka, czy los sąsiada – są więzy, od których trudno się uwolnić.
–
¹ Elina Hirvonen, “Przypomnij sobie”, tł. Iwona Kosmowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, s. 8
² tamże, s. 14
³ tamże, s. 10 i 12

Byli trochę jak dzieci – zagubieni, słabi, wystraszeni światem, który wciąż czegoś od nich chciał. Nie było ich winą, że nie potrafili zapanować nad mimowolnym oddawaniem moczu czy wymykającym się z bezwładnych ust “Pppierrdoolę żooonę!”. W szpitalu psychiatrycznym każdy z nich czuł się jak w domu – zniewolony, ale bezpieczny, bo na siłę wtłoczony do machiny wszechwładnego Kombinatu. Podzieleni na trzy grupy – Okresowych, Chroników i Roślin – spędzali lata na grze w oczko lub siedzeniu na wózku inwalidzkim i sikaniu po nogawkach.